| By Andrzej Wojaczek,
on 07-06-2007 14:26
|
Słuchamy coraz gorszej muzyki… To nie teza; raczej konstatacja smutnego faktu. W dobie powszechnego konsumpcjonizmu muzyka sprowadzona zostaje do podrzędnej roli nienachalnego tła. Żeby nie być gołosłownym: czy ktoś, kto oddaje się zakupowemu szaleństwu w jakimkolwiek super, hiper, mega giga markecie, zwraca jeszcze uwagę na dźwięki sączące się z podwieszonych w suficie, krztuszących się kilkuwatowych nietoperzy? Zalewa nas bylejakość. Stacje radiowe z uporem maniaka lansują jednosezonowe gwiazdki, gwiazdeczki sfabrykowane w ociekających blichtrem producenckich gabinetach. Naród wierzy w iście zwariowaną mrzonkę, iż dziś każdy może zostać estradowym lwem, jednym skokiem dołączyć do panteonu wielkich… Idolami stają się anty-idole, którzy w każdą sobotę udowadniają rodakom, „jak to oni śpiewają”, a raczej jak to oni radzą sobie w dżungli szoł biznesu. Podziwiać, naprawdę… Część artystów, „proroków z moich gniewnych lat” gra dziś byle jak, śpiewa byle jak, o byle czym. Najłatwiej byłoby wyrzucić oknem telewizor, radio schować do piwnicy – niech czeka na lepsze czasy, na sztukę wyższych lotów. Jak tak dalej pójdzie czeka nas spełnienie ponurego proroctwa zawartego w jednym z opowiadań Lloyda Biggle'a jr. Muzyka zostanie sprowadzona do roli spotu, banalnego, pozbawionego słów strzępu dźwięków, skutecznie zagłuszającego prawdziwe emocje towarzyszące muzyce przez duże „M”. Taka muzyka to prawdziwy skarb. Długo trzeba się jej naszukać. Szukam… Już dawno uodporniłem się na dźwięki lansowane przez media. Nie straszni mi Wiśniewscy, miałkie żaby, tudzież ta, jak jej tam – kuzynka Katody, czyli absolutna czołówka polskiej sceny muzycznej. Przestałem prowadzić werbalną krucjatę przeciwko generatorom bezmyślnej, byle jakiej papki. Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia… Głową muru nie przebiję, wyrobionych gustów nie odmienię, nie zetrę z powierzchni ziemi „sępów miłości”, bo i po co? Amatorzy tychże zawsze się znajdą; byli, będą, są i dobrze się mają, „a muzyczka yno, yno, a muzyczka tnie…” Dlatego szukam, nie ustaję w poszukiwaniach, a satysfakcja płynąca z odkrycia perły nie skażonej komercją skutecznie rekompensuje zdegustowanie rynkiem muzycznej miernoty. Żeby nie było niejasności: nie pretenduję do miana Arbitra Elegancji, jakiegoś opiniotwórczego guru, za którym podążą stada dźwiękowych stalkerów, szukających muzycznych artefaktów, zmieniających szarą codzienność w feerię barw; nie, to nie ten adres. Takową działalność od blisko czterdziestu lat prowadzi z powodzeniem pan, który nazywa się Piotr Kaczkowski. Wchodzić w jego kompetencje, doprawdy marna sztuka. Chcę w tym miejscu podzielić się z Wami moimi odkryciami. Nie będą to typowe recenzje, mające na celu zachęcić czytelnika, bądź też przestrzec go przed kupnem jakiejś płyty. Jeśli coś mi się spodoba – powiem Wam o tym. Jeśli coś mnie rozczaruje – też Wam o tym powiem. Nie traktujcie tej rubryki jak „kącik nowości wujka Jędrka”: prehistoryczne tytuły też tu się wkrótce pojawią. Pamiętajcie: nie zamierzam nikogo nawracać. Jeśli ktoś świadomie pędzi autostradą do zatracenia, pozostaje mi tylko życzyć mu rychłej bramki kontrolnej. Osobiście wolę łykać kurz bezdroży… Zapraszam…
|
|
|