| By Andrzej Wojaczek,
on 04-11-2007 20:07
|
Straszył nas na początku lat 90. Dekadę później powrócił, jeśli nie w glorii, to przynajmniej bez obciachu. Pojawił się jeszcze dwukrotnie. Kanibal Hannibal Lester, demoniczny psychiatra, potwór w ludzkiej skórze, ekscentryczny arystokrata. Milczenie owiec (1991) to filmowa klasyka. Hannibal (2001) świetne filmowe rzemiosło. Czerwony smok (2002) niezłe „oglądadło”, zaś Hannibal: po drugiej stronie maski (2007) to gniot nad gnioty; słowem –arcyknot. Ostrzyłem sobie zęby na ten film. Twórcy obiecywali rzucić światło na młodość przyszłego psychopaty, niejako „usprawiedliwić” jego późniejszą degenerację. O bogowie! Lectera usprawiedliwić się nie da, nie sposób! Na tej – zresztą – konstatacji z powodzeniem opierały swoje scenariusze wcześniejsze filmy z serii. W tym tkwiła ich siła. Nie można przecież usprawiedliwić wcielonego Zła. Na nieszczęście, najnowsza odsłona przygód kanibala takie właśnie usprawiedliwienie przyszłemu mordercy wystawia, wręcz głaszcze po główce i ociera łezki rozpaczy po stracie młodszej siostrzyczki. Efektem tego jest blisko dwugodzinne, beznadziejne pseudo-kino, celuloidowy bełkot. Choć – nie powiem – zaczyna się obiecująco… Pomijając brak zgodności z wszelkimi faktami historycznymi, film Petera Webbera nie oferuje niczego, co choć na chwilę mogłoby przykuć uwagę widza. Muzyka nie zachwyca, obija się wręcz o uszy, niczego po sobie nie zostawiając. Zdjęcia są jakieś takie zwyczajne, sztampowe. Najbardziej w tym filmie boli jednak przewidywalność. Historia młodego Hannibala została wtłoczona w oklepany, ograny setki razy schemat: szczęśliwa rodzina + nieoczekiwany dramat = wykolejenie życiowe. Nie rozumiem zamysłu twórców! Zamiast trząść portkami przez demonicznym potworem, współczujemy Hannibalowi, ba, przecież na jego miejscu zachowalibyśmy się podobnie. Wyobraźmy sobie, że banda zdegenerowanych facetów zjada na obiad naszą młodszą, śliczną jak z obrazka siostrzyczkę. Z pewnością nie usłyszeliby od nas „smacznego”. Hannibal zatem mści się, robi to jednak w mało przekonywujący sposób, daleko mu do późniejszej (wcześniejszej) maestrii sir Hopkinsa. Miota się w udawanej rozterce, groźnie marszczy wysokie czoło, wdaje się w jakiś taki niemrawy romans ze swoją ciotką (urocza Gong Li), słowem: przypomina trochę słonia w składzie z porcelaną. Uf… Lojalnie przestrzegam. Najnowsza odsłona „przygód” Hannibala to produkt ewidentnie żerujący na swojej wyrobionej wcześniej marce, tym razem niestety, nastawionym wyłącznie na sukces kasowy. Dawno nie widziałem tak złego filmu. Zdecydowanie odradzam. Nie warto psuć sobie dobrej opinii o poprzednikach popisami jakiegoś chłystka. Naprawdę.
|
|
|