| By Andrzej Wojaczek,
on 10-09-2007 13:46
|
Już tak mam; medialny szum wokół jakiegoś zjawiska traktuję z wielką podejrzliwością. Jakoś nie wierzę radiu, tym bardziej telewizji. Polsatowskiego Idola śledziłem wyrywkowo i w zasadzie z nudów. Nie trzeba być specjalnie obcykanym w temacie, żeby zauważyć pewną prawidłowość: otóż zwycięzcy tego programu jakoś nie robili wielkiej kariery w szołbiznesie. Bardziej wiodło się tym z pierwszej dziesiątki. Ala Janosz przepadła z kretesem. Nie pomogły szlagiery o jajecznicy. Krzysiek Zalewski, w którym upatrywałem drugiego Bruce’a Dickinsona, głos miał jak dzwon. Wydał zadziorną płytę i słuch wszelki po nim zaginął. Czupurna Brodka płytę nagrała zupełnie nie-czupurną. Panie i Panowie, ecce zwycięzcy. Dość blado wypadają na tle Ani Dąbrowskiej, Eweliny Flinty czy Szymona Wydry, nieprawdaż? I oto czwartą edycję wygrywa charyzmatyczny Maciek Silski. Poza rasowego rockera, mocny głos z pewnością mocno przyczyniły się do wygranej. Milczał dość długo nim podpisał solową płytę-efekt kontraktu z gigantem fonograficznym. Szczypałem się mocno (bo jak tu wierzyć „produktowi” spreparowanemu przez słoneczną stację i cały sztab specjalistów od wizerunku?) nim w końcu dałem za wygraną. Płytę wrzuciłem do odtwarzacza. Niespełna godzinę później miałem jako takie wyrobione zdanie… Alodium to termin ukuty w średniowieczu. To antonim lenna; symbolizuje nieograniczoną własność, ziemię wolną od zobowiązań. Rozumiem tego Maćka. Chciał dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, iż tytuł to nieco chybiony. Zdaje mi się, iż – mimo dobrych chęci – płyta ta miała pogodzić szeroką publiczność. Zbyt szeroką. Fanów mocnego rocka, wielbicieli ballad i nie zobowiązującego grania pogodzić nie sposób. Otwierające album Wino to ostre grzanie, cięte zwrotki napędzane wpadającym w ucho refrenem. Kapitalny opener. Drugi numer to, krótko mówiąc, ciekawie pokombinowana piosenka. Wrażenie robią pozytywkowe piano i motyw gitary. To wrażenie psuje tekst, którego nie zdążyła sprawdzić pani od polskiego. Gdy umiera dzień to hicior z – tym razem – niezłym tekstem. Łatwo przewidzieć, że niedługo usłyszymy go w radiu z czterysta razy na dzień. Póki jesteś fajnie buja, a refren to melodyjny majstersztyk (nie dziwota; kawałek skomponował Brytol, a ci jak wiadomo, mają dryg do produkowania przebojów). Wkurzają mnie tytuły niektórych piosenek: Bananaman, Totototak, Samsobiepan, Tarzanboy – czyżby efekt jakichś dysfunkcji językowych? Cudaczne to doprawdy. Ten pierwszy utwór to energiczna jazda bez trzymanki, z programowo głupawym tekstem, za to porywającym refrenem. Drugi pędzi jak francuski TGV, miażdży. Ten ostatni to jakaś pomyłka. Zemsta realizatora dźwięku? Ja rozumiem, że The White Stripes są modni, że garaż i brud. Ale kiedy w słuchawkach charczy, rzęzi i szumi przesterowany bas, przesterowany wokal, przesterowane wiosło a w talerze wali Jackie Chan, człowiekowi robi się słabo. Schizofreniczna ta płyta. Rzeczy kapitalne mieszają się tu z twórczością dość niskich lotów. Gdyby tak małe co nieco wywalić, dołożyć więcej przestrzennego grania, chociażby w klimacie Tęczy mielibyśmy do czynienia z naprawdę wybitnym debiutem. Kibicuję temu artyście. Oby nie został przeciśnięty przez wstrętną medialną sokowirówkę. Wtedy po nim zapłaczę.
|
|
|