| By Administrator,
on 27-12-2008 20:24
|
Po ponad rocznej przerwie Andrzej Wojaczek - za pośrednictwem naszego portalu - kontynuuje swój wschodni pamiętnik. Świąteczny czas sprzyja relaksowi. Zapraszamy zatem do lektury pierwszej części "Pocztówek ze Wschodu 2008", z których dowiecie się wielu interesujących, zaskakujących informacji...
„Kak prykrasnyj etat Mir – pasmatrij…”
„Ukraina to magiczne miejsce. Na kogo raz rzuci swój czar, ten będzie do niej wracał…” – kiedy przed rokiem Jolanta Płatkowa, zwana na Wschodzie „świętą żęściną” w zamyśleniu wypowiadała owe słowa nad odeskim brzegiem Morza Czarnego, skąpanym wówczas w księżycowej poświacie, ani chybi nie przypuszczała, iż oto wieszczy podobna greckiej Sybilli, która Odysowi onegdaj wywróżyła długi powrót do domu. Ukraińskie tournee musicalu o dziejach Abrahama stało się wydarzeniem, które odcisnęło niezatarte piętno na naszej pamięci. Dwa tygodnie, podczas których przemierzyliśmy Ukrainę z Zachodu na Wschód, z Południa na Północ, były czasem, który pozostanie w nas już na zawsze. Owszem, w drodze powrotnej obiecywaliśmy sobie wiele – w głębi duszy przeczuwaliśmy jednak, że wschodnia przygoda dobiega końca. Przynajmniej dla nas. Wróciliśmy do Polski, do swoich rodzin, swoich spraw. Rejestracja Stowarzyszenia Oświatowo-Kulturalnego „LOGOS”, mimo iż napsuła nam sporo krwi, dobiegła pomyślnego końca. Rozpoczęliśmy pracę nad kolejnym projektem: symfoniczno-chóralną odsłoną „Litanii Loretańskiej”, Bezimienni leniwie zabrali się za swoją piątą płytę, z początkiem grudnia na świat przyszedł najmłodszy Wojaczek – ot, żytia, jak mawiają Ukraińcy.
Fakt, że zostałem kompozytorem muzyki do premierowej sztuki odrodzonego po 150 latach Polskiego Teatru w Żytomierzu, spadł na mnie niczym przysłowiowy grom z jasnego nieba. Spieszę z wyjaśnieniem: wszystkiemu winna, jakżeby inaczej „święta żęścina”. Odkąd tylko sięgam pamięcią (a znamy się 15 lat z okładem) Jolanta Płatkowa zawsze marzyła o teatrze. Teatr mieliśmy założyć na nauczycielskiej emeryturze; scena w wyszykowanej gustownie knajpce, gdzie młodzi-zdolni-niedocenieni mogliby prezentować efekty swych zainfekowanych pomysłami głów. Z perspektywy czasu nasuwa mi się pewna refleksja: nawet żartować nie należy dla żartów. Kiedy „LOGOS” rejestrowało swoją działalność, Płatkowa w dalekim Żytomierzu nie zasypiała gruszek w popiele. Z determinacją godną „Siłaczki” wskrzeszała szczytną ideę chlub naszej XIX-wiecznej literatury: panów Kraszewskiego i Korzeniowskiego, którzy 150 lat temu powołali do życia Polski Teatr na żytomierszczyźnie. Spokojnie, nie zamierzam odbierać chleba naszej drogiej Jolancie. Zapisku skrupulatnie dokumentujące jej szalone poczynania, czekają na swoją publikację. Będzie co czytać. Fakt faktem – udało się. Teatr Polski im. J.I. Kraszewskiego otrzymał swoje drugie życie w połowie 2008 roku. Jolanta, która została jego dyrektorem, nawiązała współpracę z zawodowymi aktorami Ukrainy, którzy z różnych – często niezrozumiałych – względów postanowili zaangażować się w działalność teatru. W duecie z Mikołajem Warfołomiejewem, czołowym artystą ukraińskim, wybitnym reżyserem, Mistrzem Sceny dali podwaliny „Balladynie”, sztuce osnutej na motywach dramatu Juliusza Słowackiego. Jej premierę sceniczną zapowiedziano na koniec listopada 2008 roku…
SIERPIEŃ 2008: PRZYGOTOWANIA
Wiadomość przesłana za pomocą gadu-gadu była lakoniczna: „Andrzeju, czy możemy pojechać na Ukrainę w najbliższy czwartek?”. Był poniedziałek, właśnie podejmowaliśmy z Żanetą gości. Ot, błogi sierpniowy wieczór. Dwa dni wcześniej wróciłem z pielgrzymki na Jasną Górę, zamierzałem zregenerować siły, nacieszyć się rodzinką, odrobić zaległości w ojcowskiej czułości. Zamierzałem… Koperta na ekranie monitora nie była snem, była jawą z gatunku tych bezlitosnych jaw, przypominała cios. Prawy sierpowy. Los bywa złośliwy. Burzy twoje misternie układane plany. Robi to z uciechą godną dwulatka wyciskającego na dywan tubkę pasty do zębów. Szczerzy zęby i czerwienieje, wkładając w demolkę całe swoje siły. Pominę zbędne szczegóły. Ojcowskie zamiary, a raczej nieudaną próbę ich realizacji też pominę – z konieczności. „W najbliższy czwartek” nie udało się nam wyjechać. Wyjazd przesunęliśmy na nastepny wtorek. Pogodzony z tą decyzją, cierpliwie czekałem na rozwój wydarzeń. Na poniedziałek zaplanowałem ostatnie zakupy, wymianę gotówki – jak to zwykle w moim przypadku bywa: na ostatnią chwilę. Pierwszy sygnał ostrzegawczy rozległ się w niedzielę. Autobus do Żytomierza nie kursuje we wtorki. Lekka panika? Mało powiedziane! Trzeba Wam wiedzieć, iż byliśmy zdruzgotani. Wakacje dobiegały końca, za kilka dni trzeba było wrócić do szkoły – opóźnienie wyjazdu o chociażby jeden dzień oznaczałoby kompletną klęskę. Pozostawał jeszcze pociąg, ale marnie to widzieliśmy. Międzynarodowe składy są z reguły objęte całkowitą rezerwacją miejsc na wiele dni przed datą planowanego wyjazdu. Jak zwykle oddaliśmy sprawę w ręce Opatrzności. „Skoro chciałeś nas mieć na Ukrainie, to nas tam jakoś dowieź”. Pani w kasie poinformowała nas grzecznie, że jest jej przykro, ale w pociągu odchodzącym do Kijowa wolne są już tylko dwa miejsca, ale tak się składa, że w jednym przedziale. Na dziękczynne modły przyjdzie czas… Dzięki Ci, Boże… Był poniedziałek, okolice godziny trzynastej. Spacerowałem po mieście szlakiem kantorów, kiedy zadzwonił telefon. „Andrzeju, zmiana planów. Pociąg do Warszawy odchodzi dziś wieczorem. Nie zapomnij wyrobić sobie ubezpieczenia. Przyjedziemy po ciebie przed dwudziestą”. Szaleństwo! Nawrzucaliśmy do plecaka trochę koszul, spakowałem mini-dysk wraz z mikrofonem, książkę, załadowałem mp-trójkę. Tłukąc się nerwowo po pokoju jak po klatce, z niepokojem raz po raz zerkałem na zegarek…
(Teraz nastąpi wolta stylistyczna. Przejście na czas teraźniejszy w miarę wiernie odda wariactwo, które miało za chwilę nastąpić). CDN...
|
|
|