Bezimienni - Bezimienny Portal Metamuzyczny
Strona główna arrow Pocztówki ze Wschodu arrow Pocztówki ze Wschodu 2008 (II)
Pocztówki ze Wschodu 2008 (II) Email

By Andrzej Wojaczek, on 29-12-2008 20:21


Nie liczyłem na taki odzew Czytelników po kolejnej porcji wschodnich "Pocztówek". Tym bardziej jest mi przyjemnie zaanonsować osobiście drugi odcinek sierpniowej eskapady na Ukrainę. Równocześnie podnoszę poprzeczkę i informuję, że część trzecia zostanie opublikowana, kiedy poprzednie dwie części znajdą 100 Czytelników. Pamiętajcie o wystawieniu oceny! Belfer Was o to prosi:)
 
 
SIERPIEŃ 2008: PODRÓŻ

     Polonez Płatków zajeżdża przed bramę o umówionej porze. Parę minut później wsiadamy do pociągu zmierzającego do Katowic. Jesteśmy sami w przedziale. Przed otwarte okna wpadają ostatnie promienie ciepłego sierpniowego słońca oraz chmary komarów. Na snuciu planów schodzi nam pierwszy odcinek podróży – nieoczekiwanie przedłużony o koszmarnie wlekący się objazd. Katowicki dworzec tradycyjnie odpycha. Ignorując złe fluidy tej Czarnej Dziury Śląska, zamawiamy kawę w dworcowej kafejce. Rozmawiamy. Turyści zmieniają się jak w kalejdoskopie. Po parze zakochanych hippisów pojawiają się panowie biznesmeni; tych z kolei zastępują dwie zdążające nad morze rodziny. Dzieciaki rozłażą się na wszystkie strony, pokrzykiwań, nawoływań, upomnień ich opiekunów nie ma końca. Jakaś kobieta, wpatrzona w ekranik swojej Nokii, uśmiecha się lekko. Starszy jegomość, najwyraźniej zirytowany hałasującą dzieciarnią, bezskutecznie próbuje się skupić na lekturze gazety. Ukojenia w „Wyborczej” raczej nie znajdzie, konstatuję z rozbawieniem. Dworcowy zegar zdaje się mieć wakacje, nigdzie mu się nie spieszy, minuty wleką się żółwim tempem. Mija północ, kiedy zrezygnowany głos zapowiada nasz pociąg. Dopijamy zimną resztę kolejnej kawy i udajemy się pod właściwy peron. Kwadrans przed pierwszą, z piskiem kół zajeżdża skład, który zawiezie nas do Warszawy. Siadamy naprzeciwko siebie, próbujemy załapać kilka godzin snu. Sprzyja temu miarowy turkot kół.
     Odczuwam dziwny spokój, Czyjąś prawie namacalną obecność. Za oknem rozmazana wstęga mknącej przestrzeni, nieśmiałe pochrapywanie współpasażerów. Masz świadomość tego, co robisz? W jednej chwili rzucasz wszystko, wsiadasz w pociąg, który zabierze cię na koniec świata? W uszach brzęczy znajome marudzenie Marka: „Gdyby to jeszcze były Hawaje, stary… Ale Ukraina? Czyś ty zwariował?” Ostatnim razem zostawiłeś żonę w czwartym miesiącu ciąży – rugam samego siebie, tym razem – z tego samego (nie ukrywajmy) powodu – zostawiasz żonę i ośmiomiesięcznego synka? Stuknijże się w głowę, muchacho! Uśmiecham się pod nosem; natręt w mojej głowie nie czytał widocznie sms-ów przysyłanych przez Żanetę. I dobrze! Trochę prywatności człowiekowi się po prostu należy. Nie jesteśmy sami. O 1:17 nad ranem obieram sms-a od Mamy:

„Ludzie odważni pozdrowieni bądźcie,
na swoich walizkach wygodnie usiądźcie,
i jedźcie, gdzie słonko co rano się budzi
do tych serc dobrych, do szlachetnych ludzi”


     Budzi mnie gwizd pociągu. Za oknem przejaśnia się. Chwilę później w pędzie mijamy niewielki peronik. Przed oczami śmiga niebieska plama „Warszawa Coś Tam”. Dojeżdżamy. Jakiś czas potem wtaczamy się na Dworzec Centralny. Lekko skołowani, unoszeni ruchomymi schodami, docieramy na poziom handlowy. Jeszcze tylko zerknięcie na rozkład jazdy i już węszymy w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy natenczas przycupnąć. Cumujemy w niewielkiej kafejce, zamawiamy kawę, która w zamyśle ma spędzić z oczu sen. Pasażerowie przelewają się przez dworzec niesłabnącą strugą. Gwar rozbrzmiewa szumem kroków, toczonych rozmów, piskiem, szczękiem i rumorem nadjeżdżających/odjeżdżających składów, ujadaniem megafonów; ot, dworzec katowicki podniesiony do kwadratu jakby jednak trochę milszy.
     Leniwie gapimy się w szyby, kiedy podchodzi korpulentna bufetowa i zawiadamia nas, że zaraz zamyka. Czujecie to? O tej porze większość lokali dopiero otwiera swoje podwoje – my trafiliśmy akurat na taki, który swoje skromniutkie podwoiki zamyka. Pora się zbierać. Czas pozostały do odjazdu spędzamy na peronie. Skądinąd przyjemnym. Jest czysto, są jakieś rośliny a w telewizorze zwieszającym z sufitu gaworzą reporterzy TVN24.
     W końcu zapowiadają nasz pociąg; ustawiamy się w odpowiednim sektorze. Po chwili z ciemnego tunelu wyjeżdża masywna stalowa gąsienica, łypiąca oślepiającym blaskiem reflektorów. Berlin-Warszawa-Kijów, a na tym przecież nie koniec „rajzy”. Charków, Donieck, wreszcie nadmorska Odessa i powrót do Lwowa – mój Boże, półtora tygodnia w pociągu; słowo daję, kiedyś jeszcze wsiądę w transsyberyjski skład  i z moskiewskiego peronu pomknę nad wymarzony Bajkał. Wezmę ze sobą Ptysia… (Mikołaja i Jolantę również, Boh ljubit Trojcu...)
     Pociąg zatrzymuje się z mrożącym krew w żyłach piskiem. Otwierają się drzwi i na peron wytacza się korpulentny „woditiel”. Odbiera nasze bilety i wpuszcza do środka. Wąski jak cholera korytarzyk, wyłożony puszystym dywanem sprawia miłe wrażenie. Po prawej jego stronie znajduje się rząd maleńkich drzwiczek – to pociąg dla Hobbitów, przemyka mi przez myśl. Znajdujemy właściwy numer i wchodzimy do środka komnatki. Ciemność, to pierwsze wrażenie. Drugie to potworna ciasnota , która odstręcza. Ciekawe jak radzą sobie z tym problemem klaustrofobicy? Po prawej stronie trzy prycze: dolna zajęta, ktoś tam chrapie w najlepsze. Pani Jolanta bierze środkową, ja moszczę się na grzędzie tuż pod sufitem. Na każdego z nas czeka paczuszka z pościelą, ręcznikiem, zestawem chusteczek. Zasłonięte okno nie przepuszcza żadnego światła; po omacku szykujemy sobie posłania. Jak mam tu wytrzymać 15 godzin? – myślę ze zgrozą? Chciałem przecież pooglądać krajobraz za oknem! A to peszek! Zamykam oczy, klimatyzacja dmucha mi zimnym powietrzem prosto w twarz. Pięknie, do diabła! Po prostu pięknie! Nastawiam mp3, ruszamy, miarowe kołysanie sprowadza sen – tak mi się przynajmniej wydaje…

     W sumie mógłbym dalszą podróż opisać równie szczegółowo. Prawda jest jednak taka, że nie ma zbytnio czego opisywać. Większość czasu przestałem w owym wąskim korytarzyku, gapiąc się w ono, słuchając wywodów dwóch Ukraińców, roztrząsających dziejowe zawirowania sprzed sześćdziesięciu lat. Obok rozwrzeszczana dzieciarnia niewiadomego pochodzenia za wszelką ceną próbowała roznieść skład. Naprzemiennie, szwandrocząc po rosyjsku, niemiecku, ukraińsku, obrzucała się jakimiś niezrozumiałymi dla mnie słowami. Dałbym głowę, że wśród tych języków przewijał się również arabski…
 
     Naszym współlokatorem okazał się Berlińczyk – tak na oko trzydziestoletni. Poliglotka-Jolanta znalazła z nim wspólny język. Niemiec poczęstował mnie oryginalną niemiecką Milką – niebo w gębie. Dla tej Milki wybaczyłem mu nawet to, że przez parę minut paradował z gołym tyłkiem, tłumacząc, że musi się przebrać. Żaden ze mnie purysta ale goły Berlińczyk w pomieszczeniu „dwa na dwa”? Wybaczcie…
     Przekraczanie granicy to piekło. Zdania na ten temat nie zmieniam. Pociąg wjeżdża do ogromnego hangaru. Podczepiają do wagonów jakieś dźwigi i podnoszą cały skład na wysokość pozwalającą zmienić koła na szersze, dopasowane do wschodnich „szerokich torów”. Operacja ta trwa 4 godziny. W tym czasie nikt nie może opuścić wagonu. Duchota, skwar, irytacja pasażerów, wrzaski kobiet próbujących uspokoić rozrabiającą dzieciarnię – dopełniają obrazu całości. Trochę czytam, słucham muzyki – ile jednak można? W tym czasie celnicy podbijają paszporty. Wreszcie ruszamy. Zegar pokazuje czternastą czasu wschodniego. Krajobraz za oknem zmienia się diametralnie. To ta sama „zielona” Ukraina, którą widziałem z okiem autobusu na drodze do Lwowa. Nie uświadczysz tutaj słupów trakcji wysokiego napięcia. Razem z kołami podmieniono nam maszynę, na ogromnego, kopcącego jak parowóz diesla. Wot, Ukraina…

     O zmierzchu skład wtacza się na korosteński peron. Z ulgą witamy świeże powietrze i tą ukraińską ciszę, w której czai się zapach przeszłości: tej dawnej, kozackiej, którą wiatr nawiewa wprost znad stepów, jak i tej nie całkiem dawnej, sprzed kilkudziesięciu lat, tej czerwonej, gwiaździstej, przesyconej rządami twardej ręki „Starszego Brata”. Peron sprawia wrażenie opustoszałego. Wchodzimy na „Wagzał” – kolejny na trasie, reprezentacyjny obiekt Ukrainy. Propagandowe, kolorowe rysunki na ścianach, przedstawiające partyjnych oficjeli w towarzystwie uśmiechniętych, wymachujących kwiatami dzieci robią wrażenie. Uderza czystość panująca na dworcu; żadnych porozrzucanych petów, papierków, kartonów, ani śladu bezdomnych… Jak oni to robią, pytam. Zwięzła odpowiedź daje do myślenia: „Wywożą ich”.
     Dworzec byłby zupełnie opustoszały, gdyby nie psy. Naliczyłem z piętnaście wychudzonych psiaków, znudzonych, wylegujących się na schodach przed placem, z którego na wszystkie strony odchodziły ostatnie marszrutki. Przecinamy plac, skąpany w ostatnich promieniach bursztynowego zachodu. Pociemniałe na północy niebo (gdzieś nad Zoną) raz po raz przecinają bicze błyskawic. Idziemy chodnikiem jednej z bocznych ulic. Po obu stronach drogi parkują łady. Po bokach pną się w górę uśpione rzędy kamienic. Powraca klimat S.T.A.L.K.E.R.A…
     Przez ostatni rok nic się praktycznie nie zmieniło. Ogromny plac w centrum, szerokie ulice, bujna zieleń, pomnik Wołodii, dumnie zadzierającego głowę, majacząca w oddali masywna sylwetka kniazia - korosteńskiego praszczura. Wchodzimy w kwadrat niewysokich bloków. Słońce już skryło się za horyzontem, w powietrzu czuć woń nadchodzącej nocy. Wchodzimy na klatkę schodową. Dzwonek do drzwi na parterze, odgłos kroków, szczęk przekręcanego w zamku klucza. Na korytarz wlewa się struga przyjemnego światła. W progu stoi Ludmiła Komarowa, pani Lusia po prostu, przemiła babunia, która przez następne dni będzie nasza gospodynią. Następuje chwila powitania. Przekraczamy próg mieszkania. Przytulna kuchnia, łazienka, trzy pokoje: jeden zajmuje Pani Jolanta, jeden otrzymuję ja. Dwa tapczany, stół, szafa, lustro, kwiaty, obrazy – zmęczony padam na wznak. Z kuchni dolatują nęcące podniebienie zapachy. 36 godzin bez ciepłego posiłku robią swoje. Doprowadzam się do stanu używalności, zmywam brud i zmęczenie i już zasiadamy do kolacji. Pieczona ryba, sałatka z kabaczków, ziemniaki. Do tego sok i tradycyjna – jak na gościnę Rosjanki (tak, Rosjanki) z krwi i kości przystało - rosyjska wódka. Wznosimy toasty – prawdziwe toasty, zwyczaj starannie pielęgnowany, któremu tutejsi ludzie nadali  wymiaru lekko metafizycznego (prawdziwej metafizyki nadał toastom Mikołaj, ale o tym w swoim czasie).

     Tego dnia nie zdarzyło się już nic wartego opowiedzenia. Szaleństwo, które jak zwykle ogarnęło telefony komórkowe, powoli stawało się normą. Wśliznąłem się pod prześcieradło i padłem jak nieżywy.
 
CDN...  (PAMIĘTAJCIE O WYSTAWIENIU OCENY, DO DIASKA!!!)

   

Users' Comments  
 

Average user rating

 


Dodaj komentarz
Imię
E-mail
Tytuł  
 
Comment
 
Available characters: 600
   Notify me of follow-up comments
   
   

Brak komentarzy...



mXcomment 1.0.4 © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
Oceny: / 14
KiepskiBardzo dobry 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »