| By Administrator,
on 28-01-2009 22:07
|
Zgodnie z obietnicą - publikujemy trzecią część "Pocztówek...". Jednocześnie informujemy, iż oddanie portalu (choćby jak najkrótsze) w ręce któregokolwiek z ekipy Bezimiennych (zwłaszcza tych trudniących się pisaniem) może przeobrazić serię "Pocztówek..." w literacki rodzaj "Mody na sukces". Jako, że seria druga swoją objętość ma, a konkurować z XIX-wiecznymi prozaikami zamiaru nie mamy - następne odcinki pojawią się wcześniej. Bez konieczności wypełniania jakichkolwiek limitów...
SIERPIEŃ 2008: MIKOŁAJ Ranek przywitał nas upalny i słoneczny. Po śniadaniu wybraliśmy się z Panią Jolantą na miasto. Wymieniliśmy walutę, zrobiliśmy zakupy, po drodze gawędząc z wieloma napotkanymi przechodniami. Pani Jolanta traktowana jest na Wschodzie jak „swojak”: apogeum uwielbienia dla polskiej nauczycielki nastąpiło podczas świątecznej wyprawy do kościoła (ale powoli… i na to przyjdzie czas). Pobyt na Ukrainie nie może się obyć bez kwasu chlebowego. Wykorzystywałem więc każdą chwilę, żeby za 50 kopiejek wychylić kielicha tej ambrozji, którą dziewczęta nalewają wprost z poustawianych przy drodze licznych beczek (w identycznych beczkach w Polsce wozi się gnojówkę  . Nic tak nie gasi pragnienia jak kwas… Warto zapamiętać, że im dalej na wschód – tym kwas smaczniejszy. Po drodze natknęliśmy się na Małą Siostrę Od Jezusa, belgijkę Marie-Germaine. Pisałem już o tym niezwykłym zakonie przed rokiem: zgromadzenie, które swoją ukraińską siedzibę miało w tym samym bloku, co mieszkanie pani Ludmiły. Ściślej rzecz ujmując: Kaplica z Najświętszym Sakramentem sąsiadowała przez ścianę z zajmowanym przez nas pokojem. Ktoś chciał nas mieć pod ręką… Wymieniwszy grzeczności z dialekcie ukraińsko-niemiecko-angielskim, udaliśmy się na dworzec autobusowy, gdzie mieliśmy odebrać Mistrza Sceny, sławnego w całej Ukrainie reżysera, wybitnego aktora Mikołaja Warfołomiejewa. Trochę się obawiałem tego spotkania, wszak przyjeżdżał do Korostenia tylko i wyłącznie ze względu na mnie. Zetknięcie z człowiekiem Takiego Formatu onieśmielało i wprowadzało w pewien rodzaj zakłopotania.
Na dworcu panowało spore zamieszanie. Nerwowej krzątaninie, gardłowym nawoływaniom towarzyszył smród spalin, dźwięk sygnałów, klaksonów, ukraińskich melodii oraz nieziemski upał. Na szczęście na przyjazd marszrutki z Żytomierza nie czekaliśmy zbyt długo. Otworzyły się drzwi i nastąpiło spotkanie z człowiekiem, który w niedługim czasie stał się dla mnie kimś w rodzaju starszego brata. Niewysoki, szczupły, by nie powiedzieć chudy, twarz pociągła, sympatyczna, okolona długimi prostymi włosami. Zza okularów patrzące przenikliwie oczy. Energiczne, zdecydowane ruchy świadczące o dynamicznym charakterze, głos przyjemny, śpiewny, wschodni. Polubiłem faceta od razu. Na „dzień dobry” wyrwał z rąk Pani Joli siatkę z zakupami (drugą dźwigałem ja). Wdali się w rozmowę – przyjaciele, którzy nie widzieli się od prawie dwu miesięcy. Trajkotali po ukraińsku bez opamiętania, całą drogę powrotną. Przysłuchiwałem się, wyłapując poszczególne zwroty i zdania. Jeszcze parę takich wyjazdów i moje CV poszerzy się o kolejny znajomy język…
Wróciwszy do domu, usiedliśmy przy kawie. To nic, że znaliśmy się dopiero kwadrans. Rozmowa toczyła się w atmosferze, jakbyśmy znali się od dawna; ot, łyse konie. Kola ma zaraźliwy śmiech, taki chłopięco-dziecięcy. Kiedy się śmieje, robi to całą twarzą, unosi brwi na swój charakterystyczny sposób, co przydaje jego minie jeszcze więcej komizmu. Przypuszczam, że to bezwiedny gest, wypracowany w teatrze, zwłaszcza podczas spektakli granych dla dzieci. No aktor, mówię Wam. Artysta pełną gębą. Ktoś zakrzątnął się koło obiadu, nie pamiętam już kto. Chyba Jolanta, ale głowy nie dam. Zapachniało pieczonymi kabaczkami. Niedługo potem, najedzeni, wyposażeni w kolejną czarną „siekierę”, zasiedliśmy do scenariusza „Balladyny”. Rozłożywszy sprzęt, podłączywszy mikrofony i sterty kabli, zaczęliśmy zgłębiać tajemnice tekstu, stworzonego przez Jolantę w oparciu o dramat Słowackiego. To wtedy wyszedł z Koli Artysta przez duże „A”.
Omówienie tekstu zajęło nam równe dwa dni. Pochylaliśmy się nad dosłownie każdym słowem, każdą sceną, każdym motywem i wątkiem. Dyskutowaliśmy nad wszelkimi możliwymi aspektami dramatu, rozkładaliśmy na czynniki pierwsze każdą postać, biorąc pod wzgląd ich zachowanie, motywację, historię itede, itepe. Praca nad muzyką do sztuki teatralnej była niezwykłym doświadczeniem, całkowicie różniącym się od tego, co do tej pory wyszło spod moich palców. Owszem, miałem już za sobą muzykę do dwu musicali, w końcu współtworzyłem „Abrahama” i „Opowieść wigilijną”. Była to jednak zupełnie inna forma niż muzyka do „Balladyny”. Dwa wymienione wyżej przedstawienia opierały się na konkretnych piosenkach (mających swoją tradycyjną strukturę) oraz szczątkowej muzyce ilustracyjnej. W przypadku „Balladyny” rzecz miała się odwrotnie. Muzyka miała budować napięcie, pojawiać się często (bardzo często) i nieoczekiwanie, trwać zaledwie kilka sekund i milknąć. Przyznam, że z początku miałem nietęgą minę. Jak, do cholery, w ciągu dziesięciu sekund oddać uwielbienie, zaskoczenie, bądź nienawiść? Jak zbudować temat w tak krótkim czasie? Jak – mając, dajmy na to, dwadzieścia sekund – wprowadzić muzyką na scenę Goplanę tak, by dźwięki przygotowały widzów na jej późniejsze pojawienie się? Warfołomiejew to wizjoner. Miał swoją wizję muzyki (przyznał się do tego dopiero parę miesięcy później), jednak (chwała mu za to!) nie dał tego po sobie odczuć. Pytał… Mówił: „Andrzeju, tu bym widział jakiś motyw muzyczny, co ty na to?”. No więc ja, mamrocząc pod nosem zaklęcia, uderzałem w dźwięki pianina, próbując dostroić moją wyobraźnię do zamierzeń reżysera-wizjonera. Czasami wykrzykiwał na cały głos: „Tak!!! To jest to!!!”, czasami pocierał ręką zarost na brodzie, wtedy ja przezornie zmieniałem motyw, czasami chodził po pokoju w tę i we w tę, przypominając rozdrażnionego, tłukącego się po klatce lwa, najczęściej jednak klękał, łapał się za głowę, przecierał oczy ze zdumienia i mówił: „Jam to słyszał w swojej głowie”. Szkoda, że nie zabrałem ze sobą stopera. To był błąd. Nauczony doświadczeniem, wiem, że stoper (choćby najzwyklejszy) jest nieodzowny w pracy z Warfołomiejewem, potrzebny do precyzyjnego zmierzenia czasu trwania danej sceny. Potrzeba matką wynalazku, więc jakoś dawałem sobie radę. Najpierw odczytywaliśmy tekst omawianej sceny: aktorsko, ze sceniczną intonacją. Gdy to nie skutkowało, Kola wcielał się w interesujące nas postacie: raz był Wdową, skuloną, zgarbioną, skrzeczącą starczym głosem; w mgnieniu oka przeistaczał się w Balladynę, wyzywającą, prowokującą, władczą, z dumnie podniesioną głową. Był Aliną, wiejską, przaśną dziewuchą (ech, Alina…); był Kostrynem, którego wisielcze piętno jakimś cudem wręcz emanowało w przytulnej izdebce pani Lusi. Przecieraliśmy z Jolantą oczy ze zdumienia, mówiąc kolokwialnie: „szczęka nam opadała”, „szczęka”, „kopara” – nieistotne, ważne, że opadała… Wracając do tematu stopera, otóż nagrywałem scenę na mini-dysku, odliczałem niepotrzebne sekundy i zapisywałem określony czas na tekście scenariusza. Prawda, że proste? Pomysłowy Dobromir… Kawa, mocna czarna nesca była naszym paliwem. Spożywana jedna za drugą dodawała sił, odpędzała zmęczenie i poprawiała wzrok. Dodatkowo piłem kwas, samotnie, gdyż – jak stwierdziłem nie bez zdziwienia – na tubylcach nie robi on większego wrażenia. Kola nad kwas przekładał colę o smaku waniliowym (kolejny rarytas niedostępny jeszcze na polskim rynku). Co do walorów jednego napitku byliśmy zgodni: był nim Kagor, czyli tradycyjne ukraińskie wino cerkiewne, używane podczas prawosławnych obrzędów. Słodkie, mocne, niezwykle aromatyczne – miłość od pierwszego posmakowania.
O zmierzchu byliśmy wyczerpani, psychicznie i fizycznie. Marzyłem o – dajmy na to – przekopaniu ogródka czy umyciu okien. Łeb pękał, myśli kotłujące się pod czaszką brzęczały jak rój wściekłych os. Jedynym wyjściem było wyjście… na spacer. Wyszliśmy do parku. Słońce już skryło się za horyzontem, ulice opustoszały, Lenin niedbale trzymał lewą rękę w kieszeni, w prawej dzierżył przerzucony przez ramię worek (a może flagę?). W każdym bądź razie przypominał mocno wyluzowanego św. Mikołaja. Korosteński park jak zwykle sprawiał urocze wrażenie: ocienione, mroczne, wyłożone utwardzonym kamieniem alejki, wijąca się, upstrzona olbrzymimi polodowcowymi głazami wstęga rzeki, drewniany taras widokowy, pomnik kniazia i kniazimy – naprawdę jest tam pięknie. Otacza człowieka jakaś taka leniwa atmosfera zadumy, wyciszenia. Jedna scena utkwiła mi szczególnie w pamięci: opieramy się o drewnianą barierkę, w milczeniu wpatrujemy się w nurt przepływającej dołem rzeki. W tę samą ciemnozieloną toń wpatrywała się onegdaj kniahini Olga, która przed tysiącem lat kazała spalić miasto w obawie przed najazdem wroga. Został po niej wdzięczny pomnik… A my? Exegi monumentum – chciałoby się powtórzyć za mistrzem Horacym? Ech, kompozytor, cierpisz na przerost ego? Jolanta ujęła to najtrafniej, dosadnie – i choć jest kobietą – po chłopsku: „Oto trzech wariatów”! Polak, Polka i sercem Polak a ciałem Ukrainiec, zamknięci w mieszkaniu sercem i duszą Rosjanki, wykuwają sobie miejsce w historii”. Wątpliwości mieliśmy w cholerę, jednej rzeczy jednak byliśmy pewni w stu procentach: osiągnięcia sukcesu. Może zabrzmi to nieskromnie, chełpliwie – trudno: „Balladyna” była przedsięwzięciem skazanym na sukces. Energia, pasja i serce włożone w ten spektakl musiały przełożyć się na sukces. I przełożyły się… ale o tym w swoim czasie.
Do domu wróciliśmy już po zmroku. Zjedliśmy kolację i zostaliśmy w kuchni. Kuchnia to magiczne miejsce. Możliwe, że pomieszczenie to ma w sobie coś, co pochodzi jeszcze z czasów, gdy ludzie skupiali się wokół płonącego ognia. Grzali się, czuli bezpiecznie i snuli opowieści. Ogień-gromada-słowo – nie wiem, jak Wam, mnie ten ciąg jakoś pasuje, przemawia do mnie, dobrze się kojarzy. W kuchniach zapadały najważniejsze decyzje, w kuchniach toczyły się najważniejsze dyskusje, sprzeczki, kuchnie gromadziły spiskowców i konspiratorów, różnej maści wywrotowców – się siedziało i się gawędziło. Się piło, ma się rozumieć. Nie byliśmy gorsi. Ciemnozielony absynt zastąpiło wprawdzie ciemnoczerwone wino mszalne ale idea pozostała ta sama. Tworzyliśmy. Myśli przekuwaliśmy na słowa, emocje na dźwięki. Kuchnia pani Ludmiły Komarowej na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Niezwykłe miejsce, a takie przecież zwyczajne. Niezwykły czas, a taki przecież normalny: rosyjskie wtargnięcie do Gruzji, rosyjska flota w Sewastopolu, szykująca się do wyjścia w morze, niepokoje społeczne, obawy przed konfliktem rosyjsko-ukraińskim. I wreszcie niezwykli ludzie, a tacy przecież niepozorni…
Siedzieliśmy wtedy długo, prawie do świtu. Sen, który zmorzył nas na krótko, nie obfitował w nic, prócz – nomen omen – komarów, które zamieniły mnie w człowieka-pizzę. Komary spod Czarnobyla. I jak tu wierzyć twardogłowym wieszczącym koniec promieniowania?
CDN...
|
|
|