Bezimienni - Bezimienny Portal Metamuzyczny
Strona główna arrow Pocztówki ze Wschodu arrow Pocztówki ze Wschodu (I)
Pocztówki ze Wschodu (I) Email

By Andrzej Wojaczek, on 11-07-2007 16:51


 Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami publikujemy dziś pierwszą część relacji z ukraińskiego tournee grupy teatralnej, która przed paroma dniami zakończyła swoje wojaże. Zapraszamy do lektury. Relacjonuje Andrzej Wojaczek.

 

 


ŚRODA. 27 CZERWCA 2007

Dzień wstał pogodny. Świt leniwie opadł na zroszoną nocnym chłodem ziemię. Obładowani bagażami, parę minut przed piątą nad ranem docieramy na plac kościelny, gdzie czeka już na nas purpurowy Neoplan. Poznajemy kierowców: pan Łukasz i pan Stanisław. Brawurowa Młodość i Dostojna Stateczność. Wkrótce okaże się, iż mocno zgrany to tandem. Upychamy walizy w czeluściach autokaru i pospiesznie udajemy się do kościoła. Proboszcz Karol już na nas czeka. Uczestniczymy we mszy św. Żegnamy najbliższych i zajmujemy miejsca. Tęsknota ściska za gardło; przed nami Niepewność i ponad cztery tysiące kilometrów do pokonania. Wyposażeni w błogosławieństwo wikarego Norberta ruszamy w drogę. Zegar pokazuje 5:45.

Trasą na Gliwice docieramy do autostrady A4. Katowice, Kraków, Rzeszów. Część pasażerów pochrapuje w najlepsze. Marek wspiera nas pełnymi sarkazmu esemesami: „Upewnij się, że kierowcy mają łańcuchy na koła. Pamiętaj, zima na Wschodzie przychodzi bardzo wcześnie”. Pokrzepieni, łykamy kolejne kilometry.

Przekroczeniu granicy towarzyszą wielkie emocje. Mijamy ciągnące się w nieskończoność kolejki tirów. Zatrzymujemy się w przydrożnym, przygranicznym zajeździe. Pustkowie otoczone lasem, piach, kurz unoszący się spod nóg – sceneria niczym z westernu. Centralne miejsce zajmuje niewielka knajpa. Obok zbity z desek kantor. W środku odstręczający typ nie zachęca do zbytnich negocjacji. Mimo to próbujemy i – po krótkiej próbie sił – dość korzystnie wymieniamy złotówki na hrywnie (UAH).

Wsiadamy z powrotem do autokaru i specjalnym pasem kierujemy się w stronę przejścia. Jest 13:45. Najpierw polska odprawa celna. Zajeżdżamy pod barierkę. Wychodzi do nas umundurowany celnik; uprzejmie odbiera nam paszporty, żartuje, dowcipkuje. Oddychamy z ulgą. Kilkadziesiąt minut później odjeżdżamy w stronę ukraińskich celników. Adrenalina robi swoje. Czekać – tak brzmi polecenie młodego funkcjonariusza. Z pomocą pani Jolanty wypełniamy karteczki imigracyjne, co – wbrew pozorom – nie jest wcale takie proste. Dane osobowe, cel podróży, termin pobytu, wszelkie możliwe numery – dla niejednego stanowi to nie lada problem. Karteczki wypełniamy w dwóch egzemplarzach: jedną część zostawiamy na granicy, drugą należy koniecznie zachować na powrót. Czas wlecze się niemiłosiernie, ktoś rzuca przytomnie: „swoje musimy odstać”. Wreszcie podchodzi do nas Natasza, młoda ukraińska celniczka. Odbiera paszporty i karteczki. Przekomarza się z kierowcą, którego urok osobisty korzystnie wpłynął na naszą odprawę. Mija godzina, potem druga. Niektórych zaczyna irytować ta niepotrzebna opieszałość. Jeszcze pół godziny i nasze czekanie dobiega końca. Otrzymujemy z powrotem paszporty i karteczki. Ujeżdżamy parę metrów i nagle zatrzymujemy się. Celnicy zawracają autokar. Serce podchodzi nam do gardła. Koniecznie muszą sprawdzić luki bagażowe. Węszą. Intrygują ich nasze rekwizyty teatralne. Jeden z celników omal nie wywija orła przy próbie podniesienia styropianowego kamienia. „Szto eto?” – warczy, kompletnie zbity z tropu. „Teatr” – wyjaśnia pan Stanisław ze stoickim spokojem. „Panimajesz?” Najwidoczniej „panimaje”, gdyż daje nam spokój i odchodzi. Ufność w zażegnanie niebezpieczeństwa przywraca nam uśmiechy na twarz. Złudne to uczucie. Przy ostatniej bramie celnicy odstawiają autokar na boczny pas. Nie mamy odpowiedniej pieczątki. Niektórzy zaczynają zgrzytać zębami z irytacji. Tylko pani Jolanta zachowuje spokój. „To typowe” – rzuca. „Trzeba przywyknąć”. Tracimy kolejne cenne minuty w oczekiwaniu na kierowcę, który pobiegł załatwić odpowiednią pieczątkę. Pasażerowie rozłażą się w poszukiwaniu toalet. Wracają z przerażeniem malującym się na twarzach. „Kochani, tutaj kończy się Unia Europejska. Zapomnijcie o wszelkich standardach” – przestrzega pani Jolanta. „I pod żadnym pozorem nie wrzucajcie zużytego papieru toaletowego do środka. Jego miejsce jest w koszu na śmieci stojącym obok”. Niektórym trudno w to uwierzyć. Po kilkudziesięciu minutach wraca kierowca. Ostatnia przeszkoda zostaje pokonana, brama staje otworem. Zostawiamy Polskę za sobą i przesuwamy zegarki o godzinę do przodu. Jest parę minut po osiemnastej.

Ukraina. Po przekroczeniu granicy czas zwalnia swój bieg. Człowiek odnosi wrażenie jakby znalazł się w kapsule czasu i został przeniesiony w przeszłość, w sam środek epoki Gierka. W oczy rzuca się morze zieleni. Zaiste prawdę głosi popularna piosenka „na zielonej Ukrainie”. Jak okiem sięgnąć otacza nas kwitnąca, wszechobecna zieleń. Grubo ciosane, toporne domki porozrzucane niedbale, niezliczone stada krów, koni, gęsi, kaczek; wszystko to pasie się pozornie bez żadnego nadzoru po obu stronach drogi. Autokarem trzęsie na wszystkie strony. Asfaltowa nawierzchnia jest tak zła, iż zachodzą uzasadnione obawy nabawienia się jakiejś awarii. Nie chodzi o dziury, tych nie uświadczysz. Chodzi o nierówny asfalt, zupełnie jakby prostowano go przy użyciu gumowych butów. Po kilkudziesięciu minutach takiej jazdy czujemy fizyczny ból, wnętrzności wszczynają bunt, kierowca – nie chcąc ryzykować usterki – trzyma się 50 km/h. fatalne oznakowanie dróg wprawia nas w prawdziwą frustrację; niby kierujemy się na Lwów. Ukraińcy jeżdżą jak im się żywnie podoba. Na wąskich drogach wyprzedzają na trzeciego z lewa, z prawa, nie uznają kompromisów, zajeżdżają drogę, zostawiają samochody na skrzyżowaniach, mkną po chodnikach, zawracają w każdym miejscu i o każdej porze, namiętnie używają świateł awaryjnych i klaksonu; cóż, są u siebie, nieprawdaż? Straszą budynki. Po upadku Związku Radzieckiego osunęły się w niebyt. Masywne, potężne kolosy ziejące pustymi oczodołami okien. Giganty, które z powodzeniem mogłyby posłużyć za scenerię post-apokaliptycznej gry komputerowej.

O zmierzchu gubimy drogę. Ogarnia nas minorowy nastrój, kiedy liczymy kilometry pozostałe do pokonania. Rezygnujemy z jazdy na Kijów, zbyt daleko, zbyt niepewnie. Wybieramy trasę przez Polesie, przez sam środek Ukrainy; trasę, przed którą wszyscy nas przestrzegali.

Pogoda zaczyna się psuć. Na niebie pojawiają się ciężkie, burzowe chmury. Duchota, mimo włączonej klimatyzacji, daje się mocno we znaki. Zatrzymujemy się na niewielkiej stacji benzynowej. Nasze pojawienie się wywołuje prawdziwą panikę. W obawie przed całkowitym wykupieniem towaru, właścicielka przydrożnego sklepu błyskawicznie przekręca klucz w drzwiach i zaciąga żaluzje w oknach. Nici z postoju. Tankujemy i odjeżdżamy. Dziwny kraj… Nawałnica przychodzi wraz z nocą. Grube, ciężkie krople z impetem walą o szyby i dach. Oślepiające zygzaki błyskawic rozświetlają niebo ze wszystkich stron. Odmawiamy Apel Jasnogórski. Modlitwa rozprasza posępny nastrój osamotnienia i zagubienia. Dźwięk gitary dodaje otuchy.

Przed snem zatrzymujemy się w przydrożnym zajeździe. Podróżni mkną do toalety. Deszcz nadal pada zaciekle. „Dobry wecier”, pani Jolanta rzuca uprzejmie w stronę babki klozetowej. Płacimy 50 kopiejek i pełni obaw wchodzimy do ubikacji. Jest lepiej niż przypuszczaliśmy. W podłodze standardowa dziura, ale na ścianie umywalka, mydło, ciepła woda i – o dziwo – suszarka powietrzna.

Liczymy pasażerów i ruszamy w dalszą drogę. Ostatni posiłek przed snem, gorący kubek zalewany wrzątkiem z dystrybutora, jakieś wymęczone trasą i całym dniem kanapki popite wodą mineralną. Jedni układają się do snu, tak jak mogą, adaptując niewygodne, ciasne wnętrze autokaru. Drogi nadal złe, ale już tak nie wywraca wnętrznościami. Można wytrzymać. Noc, deszcz, oślepiająca biel błyskawic. Heather Nova kołysze do snu, który jednak nie przychodzi. Przesiadam się na fotel drugiego kierowcy i tak w miarowej monotonni pracującego silnika mkniemy przez uśpioną wschodnią dal…



   

Users' Comments  
 

Average user rating

 


Dodaj komentarz
Imię
E-mail
Tytuł  
 
Comment
 
Available characters: 600
   Notify me of follow-up comments
   
   

Brak komentarzy...



mXcomment 1.0.4 © 2007-2012 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
Oceny: / 7
KiepskiBardzo dobry 
 
następny artykuł »