| By Andrzej Wojaczek,
on 15-07-2007 08:25
|
W trzeciej części Pocztówek Andrzej Wojaczek relacjonuje m.in. przebieg koncertu w kościele św. Piotra w Odessie, nocną wyprawę na plażę. W tekście znajdzie również Czytelnik opis miejscowych południowych specjałów, a także pozna szczegóły stołowania się na Ukrainie. Gorąco zapraszamy do lektury!
PIĄTEK. 29 CZERWCA 2007 Dzień wstaje o trzeciej nad ranem. Mniej więcej o tej porze wraca prąd do naszego apartamentu; lampy, lodówka dostają szału. Właściwy poranek nadchodzi koło 8:00. Śniadanie we własnym zakresie i ponowne wyjście na plażę. Wodnych uciech ciąg dalszy. Niestety, służba nie drużba i znów czekał nas spacer w interesach. Prezes i wiceprezes udają się w poszukiwaniu miejsca, gdzie moglibyśmy zjeść jakiś obiad. Po kilkunastu minutach zaglądamy do niewielkiej knajpki. „Niedorogo” – zachęca napis na markizie. Przed oczami stają czasy GS-owskie tak szumnie opisywane w „Panach Samochodzikach” Nienackiego. Kilka prostych stolików, krzesełka, półki z piwem i napojami. Za kontuarem sympatyczna szefowa. Darek zaczyna pertraktacje: „Tricat adin czelawieka, kuricja, duszone miaso, griczka” – przytakujemy zadowoleni. Szefowa prowadzi nas na zaplecze, dźwiga pokrywki pamiętające cara Mikołaja. „Nie boitsja, nie pochorujetsja” – uspakaja, widząc nasze miny. Raz kozie śmierć! Pełni optymizmu wracamy na plażę i już bez żadnych przeszkód brykamy, fikamy i dławimy się wodą, w której ktoś przez przypadek rozpuścił górę soli. O 14:30 zbiórka. Ubrani na galowo, podjeżdżamy autokarem pod wspomniany wyżej lokal. Rozsadzamy wycieczkowiczów, którym kiszki marsza grają i czekamy na posiłek. Z kuchni wyłania się kelnerka, na oko siedemdziesięcioletnia babuleńka, pozawijana w chustę, drepcząca w ciężkich chodakach roznosi talerze z jedzeniem. Po wydaniu mniej więcej połowy dań kończą się sztućce tzn. widelce, gdyż noży praktycznie się tu nie używa. Babinka szybko załatwia sprawę i wraca z pękiem widelców. Nieco później zaczyna brakować talerzy. I to nie stanowi większego problemu. Trzeba po prostu pozbierać talerze od tych, którzy już zjedli. Jakoś trzeba sobie radzić. Gorzej, kiedy zaczyna brakować jedzenia a i to czeka nas w ciągu najbliższych kilku minut. Spokojnie, tylko bez paniki. Ci, którzy nie otrzymali podstawowego menu, dostają coś specjalnego, czyli zakładowy miks tego, co zostało. Wątróbka w majonezie plus kotlet mielony oraz naleśnik. Jajko sadzone plus kotlet mielony oraz naleśnik. Na deser wszyscy dostają smakowe oranżady i wychodzą zadowoleni. Ktoś nazwał ten posiłek „ukraińską improwizacją”. Miał dużo racji. Przedzieramy się przez centrum Odessy. Podróż zabiera blisko godzinę. Podziwiamy miasto z okien autokaru i w końcu zatrzymujemy się przed kościołem św. Piotra. Ekipa technicznych sprawnie wnosi sprzęt do środka. Rafał czuwa nad całością przygotowań, reszta podróżnych w tym czasie udaje się w towarzystwie pana Tadeusza podziwiać najciekawsze zakątki Odessy. Kościółek jest niewielki, kameralny, doskonały pod względem akustycznym. Robimy próbę dźwiękową, następnie światła i dekoracje. Miejscowy kościelny z niedowierzaniem przygląda się naszym poczynaniom. „Świat się wali” – rzuca do pani kwiaciarki. „Teatr w kościele”. Punkt 18:00 rozpoczynają się główne uroczystości odpustowe ku czci śś. Piotra i Pawła. Tłum, msza po polsku, kazanie po ukraińsku. Ekipa pana Tadeusza wraca punktualnie. Podczas procesji dokoła kościoła, aktorzy przemykają do pobliskich salek katechetycznych, gdzie urządzono garderobę. Chwile później przemykamy chyłkiem na tył świątyni i pełni napięcia czekamy na swój czas. Błogosławieństwo, krótka zapowiedź naszego występu i oto nadchodzi długo oczekiwany moment. Na miękkich nogach wychodzę i stoję twarzą w twarz z tłumem szczelnie wypełniającym kościół. Oddech i zaczynam. Witam zgromadzonych. Rozlegają się oklaski. Dzwonek komórki, Mateusz debiutujący w roli chłopca wychodzi z ławki. Konsternacja i przedstawienie nabiera właściwego rytmu. Kiedy rozlegają się ostatnie akordy „Ruszaj, ruszaj”, instrumenty zagłusza huk braw. Owacja na stojąco! Wzruszenie, zły, autentyczne przejęcie. I oto niespodzianka: z rak Polaków otrzymujemy kwiaty i gorące słowa podziękowania. Wzruszenie odbiera mowę. Przejmuję mikrofon, dziękuję, zbieramy kolejne brawa. Wręczam upominki, następują uściski. Ta chwila zostanie w naszej pamięci na długo, na bardzo długo. Przed kościołem drugi etap gratulacji, podziękowań. Zachwytom nie ma końca. Pogryzając lody zakupione przez księdza Andrzeja rozmawiamy z duchownymi, wśród którym znajdują się siostry elżbietanki z Katowic i Pogrzebienia (!!!). Świat jest mały! Parę godzin później, nad brzegiem Morza Czarnego najdzie mnie refleksja: oto piosenki napisane przed laty gdzieś przy szczerbickim stole poruszą do łez ludzi żyjących tysiące kilometrów dalej… Dla takich chwil warto żyć, podążać konsekwentnie drogą obraną w młodości. Wracamy już po zmroku. Zatrzymujemy się w znajomym mi już centrum handlowym. Wycieczkowicze oddają się zakupowemu szaleństwu. Nasz kierowca to cudotwórca. Prawdziwy Mistrz Kierownicy. Purpurowym kolosem wjeżdża w każdą, najciaśniejszą uliczkę, z każdej opresji wychodzi z podniesionym czołem. Pełny szacuneczek! Do sanatorium docieramy późnym wieczorem, ale to nie koniec atrakcji na dziś. Pan Tadeusz rozbudził nasze apetyty pokazując nam z okien autokaru odeską miejską noc. Feeria świateł, blask neonów, reklam, samochodów – eksplozja barw i kolorów, dźwięków i zapachów. Wnosimy bagaże do pokojów i cichcem wymykamy się z ośrodka. Zgodną grupa maszerujemy na plażę, zanurzamy stopy w gorącym jeszcze piasku. Jest noc, parę minut przed północą. Siadamy w kółeczku, trzy, może cztery metry od chlupoczącego morza. Fale łagodnie obmywają brzeg, srebrzysta tarcza księżyca przegląda się w czarnej, lśniącej toni wody. Idylliczny nastrój burzy tylko łomot pobliskiej dyskoteki. Miasto się bawi… Wyjmujemy gitary i popijając wino, śpiewamy piosenki. Pani Jola uczy nas wznosić toasty po ukraińsku. Wspaniała, braterska atmosfera. Młodzież spaceruje po plaży w świetle księżyca, ktoś brodzi w morzu – życie jest piękne. Grubo po północy zmęczeni ale szczęśliwi wracamy do sanatorium. 
SOBOTA. 30 CZERWCA 2007 Plany dzisiejszego dnia ulegają znacznej zmianie: opóźniamy przejazd na północ ku wielkiej uciesze gawiedzi. Sobotę przeznaczamy na odpoczynek. Od rana okupujemy odeską plażę, uprzednio opuszczając pokoje i ładując bagaże do autokaru. Morskie kąpiele, spacery, degustacja miejscowych specjałów kulinarnych – oto program znacznej części dnia. O 16:00 następuje kilkunastominutowy przemarsz całej grupy do knajpki, w której wczoraj mieliśmy posiłek. Człowiek uczy się na błędach – mam tutaj na myśli właścicielkę lokalu. Dziś zastaliśmy zupełnie nowy porządek: przygotowane wcześniej sztućce, jednakowe dania, wszystko podane sprawnie i na czas. Ukraina potrzebuje czasu. Stare przyzwyczajenia i dawne nawyki muszą odejść w przeszłość. Odessa rozwija się w ekspresowym tempie; wystarczy, że powstaną nowoczesne hotele, zapanują w miarę europejskie warunki i turyści zaczną zjeżdżać na potęgę, gdyż nikt nie odmówi uroku temu miejscu. Po obiedzie, na który złożyła się pieczona ryba, kapusta przypominająca bigos oraz puree ziemniaczane, spacerkiem wracamy do ośrodka. Sprawdzamy, czy czegoś nie zostawiliśmy, czy o czymś nie zapomnieliśmy i żegnamy sanatorium „Czarne Morje”. ![Targ przy drodze [foto AW]](http://img214.imageshack.us/img214/7087/melonyhs2.jpg) Pan Tadeusz zabiera się z nami; pożegnamy go dopiero w Białej Cerkwi, miejscowości oddalonej 80 kilometrów na południe od Kijowa, gdzie czekać będzie na niego żona i najbliższa rodzina. Parę minut po 18:00 wyjeżdżamy z Odessy. Tuż za miastem zatrzymujemy się przy głównej drodze. Tu do woli raczymy się melonami, arbuzami, brzoskwiniami, bananami i innymi południowymi owocami. W oczy rzucają się suszone ryby – podobno miejscowy rarytas. Ponownie wsiadamy w autokar i kontynuujemy podróż, która przebiega bez żadnych przeszkód. Mijamy rozciągające się po horyzont uprawne czarnoziemy. Kombajny koszą zboże, z okien autokaru przypominają maleńkie czerwone komary żerujące na olbrzymich połaciach pól. Ktoś wypala ścierniska. Ogień ciągnie się kilometrami, dym unosi się w promieniach zachodu – doprawdy osobliwy to widok. Zapada noc, autostrada prowadzi prosto na północ, ogarnia nas senność. W Białej Cerkwi żegnamy pana Tadeusza, dziękując za wspólnie spędzony czas. Mijamy stolicę Ukrainy. Kijów lśni blaskiem świateł, sprawia wrażenie ogromnej metropolii, prezentuje się wspaniale. Zostawiamy go jednak za sobą i kierujemy się na zachód…
|
|
|