Bezimienni.com
Start arrow Pocztówki ze Wschodu arrow Pocztówki ze Wschodu (IV)
Pocztówki ze Wschodu (IV) PDF Drukuj Email

By Andrzej Wojaczek, on 19-07-2007 12:07


 Zapraszamy do lektury czwartej części Pocztówek ze Wschodu. Dziś zwiedzimy północną część Ukrainy: Żytomierz i Berdyczów.

 

 

 


NIEDZIELA. 1 LIPCA 2007

Do Żytomierza docieramy nad ranem. Miasto skąpane w poświacie szarówki do złudzenia przypomina scenografię wczesnych filmów z Jamesem Bondem. Panie i panowie, trafiliśmy w sam środek Zimnej Wojny. Monumentalizm, to słowo dość trafnie oddaje charakter Żytomierza. Masywne bloki, ogromne gmachy, marmury, rzeźby, pomniki, niebotyczne kolumny, liczne wieże kościelne, wspaniała kopuła bajkowej cerkwi.

O wpół do szóstej zatrzymujemy się przed hotelem „Ukraina”, ot, typowy dla siedemdziesiątych lat gmach. Zostawiając śpiących pasażerów, wymykamy się z panią Jolą z autokaru. Wewnątrz hotelu schludnie, nawet – powiedziałbym – przytulnie. Rogowa skórzana kanapa, zieleń, elegancka przeszklona recepcja a w niej wypisz-wymaluj rosyjska urzędniczka. Szczupła blondynka po czterdziestce. Prowadzi z nami konkretną rozmowę. Skrupulatnie rozdzielamy pokoje, w tych czynnościach panuje zaskakujący jak na ukraińskie warunki ład i porządek. Kiedy szczegóły zostają ustalone, wołam naszych. Wchodzą zaspani, taszcząc sterty bagaży. Rozdajemy klucze: zajmujemy czwarte, szóste, siódme i ósme piętra. Na szczęście jest winda (to, że jest, to jeszcze nie szczęście. Jest i działa – to już pełnia szczęścia!). pokoje różne. Wyremontowane piętra podnoszą standard reszty tak na oko ze trzy gwiazdki. Przykładowy wystrój pokoju: wspólne wyjście; w przedpokoju dwa pomieszczenia, łazienka (lustro, wanna z przytwierdzonym do ściany wężem imitującym prysznic, plastikowa kotara) oraz ubikacja. Na wprost część dwuosobowa, na lewo część trzyosobowa. Umeblowanie skromne ale użyteczne: szafa, toaletka z lustrem, stoliczki nocne, szafka funkcjonująca jako stół, komoda z telewizorem (podobno działał – nie sprawdzałem). Karnisz z prostej deski, zielone zasłony, firana w prążki. W przedpokoju stoi wiadro z wodą. Trzeba pamiętać o baraku wody w godzinach nocnych. Dla korzystających w tym czasie z ubikacji – wiadro z wodą jak znalazł.

Próbuje się zdrzemnąć – daremny, próżny trud. Emocje skutecznie odpędzają sen. Słyszę krzątaninę, bulgotanie w rurach; ktoś z hotelowej obsługi przytomnie odkręcił wodę. Odkręcam kran; cóż, woda w Morzu Czarnym była cieplejsza. Przebieram się w galowy strój i pędzę do recepcji uregulować sprawy finansowe. Po drodze ktoś od nas skarży się na wodę cieknącą z sufitu w jego pokoju. Wspominam o tym w recepcji: „Wosiemsot siem, woda toczit z patołka”. Mój przekaz jest zrozumiały, recepcjonistka w sekundzie powiadamia kogo trzeba i problem zostaje rozwiązany. Eto wsjo… Wracam do pokoju. Miasto rozbrzmiewa biciem dzwonów, nie kilku lecz kilkunastu. Trwa to bardzo długo, ponad kwadrans.

Wychodzimy z panią Jolantą do znajdującego się naprzeciwko kościoła seminaryjnego oo. Bernardynów pw. św. Jana z Dukli. W latach trzydziestych kościół został przez władze sowieckie zamknięty i zamieniony na dom kultury. W 1990 r. wierni odzyskali kościół w stanie kompletnej dewastacji. Podejmuje nas proboszcz ojciec Jan. Przemykamy wąskimi, cienistymi krużgankami do niewielkiego pomieszczenia w pobliżu kuchni. Raczymy się zabójczo mocnym espresso. Żartujemy, dowcipkujemy, nawet nie zauważamy jak mija godzina 10:00. W tym czasie ekipa techniczna sprawnie wnosi sprzęt do kościoła, gdzie kończy się msza święta. Rafał krząta się jak w ukropie, każdy pomaga na swój sposób. Stroję gitarę, mszy świętej po ukraińsku wysłuchuję w zakrystii. Uwagę zwraca śpiew liturgiczny, pełen jakiegoś dostojeństwa. Parę minut po 11:300 wchodzimy na ołtarz. Przed nami tłum ludzi zastyga nieruchomo. Zaczynam. Publiczność bije brawo po każdym utworze; to kolejne zaskoczenie. Widać łzy w oczach, wzruszenie. Aktorzy dają z siebie wszystko. To zostaje wynagrodzone burzą oklasków. W kościele panuje specyficzna atmosfera; zabieram głos, dzielę się swoimi refleksjami. Po mnie przemawia ojciec Jan, który po ukraińsku tłumaczy sens sztuki. W następnej kolejności pani Prezes Związku Polaków na Ukrainie Wiktoria Laskowska-Szczur dziękuje w imieniu Polonii. Oklaskom, brawom, zachwytom nie ma końca. Na końcu składam serdeczne podziękowania pani Jolancie, bez której nasz wyjazd nie byłby możliwy. Wyraźnie wzruszona wychodzi na środek i – z właściwą sobie skromnością – zaskarbia sobie sympatię ludzi. Ktoś nieoczekiwanie wyrywa się z ławki; stara kobiecina na głos dziękuje, dołączają się spontanicznie inne głosy – gardło ściska wzruszenie. Prędko sięgam po gitarę; bisujemy „Co czeka mnie”. Nikt już nie próbuje ukryć łez. Kolejna salwa braw zagłusza ostatnie akordy piosenki. Jakaś staruszka podchodzi do mnie, błogosławi, prosi o przytulenie; tego nie da się opisać. Brak słów…

Po skończonym koncercie zasiadamy w cieniu arkad, gdzie czekają na nas soki, herbata, kawa i słodycze. Przy długim stole dzielimy się na gorąco wrażeniami, rozmawiamy. Bratamy się z ukraińska młodzieżą, śpiewając wspólnie piosenki. Jakiś czas potem wracamy do hotelu. Kilka chwil na złapanie oddechu i już schodzimy na obiad do „Poliskiego Czaju”, położonej tuż obok jadłodajni. Na talerzu puree ziemniaczane, kotlet w panierce z ciasta naleśnikowego, parę ziarenek groszku i kukurydzy. Nikt nie narzeka, głód jest zbyt wielki. Po obiedzie wychodzimy na miasto. Zwiedzamy katedrę żytomierską, podczas zwiedzania której na dworze rozpętała się straszna ulewa. Czekamy parę minut, podziwiając wnętrze katedry, a następnie udajemy się do pobliskiej cerkwi, której fasadowość mocno mnie zirytowała. Z jednej strony rygorystyczne zasady, z drugiej strony pokaźnych rozmiarów kramik z pamiątkami. Profanum wdziera się w sferę sacrum. Pomieszanie z poplątaniem. Zwiedzamy cerkiew, wchodzimy do podziemi, pstrykamy zdjęcia. Potem następuje rozdzielenie grupy. Od tej pory każdy robi to, na co ma ochotę.

O 21:00 spotykamy się raz jeszcze przed kościołem, gdzie odmawiamy Apel Jasnogórski. Nasza modlitwa przyciąga miejscową młodzież, która dołącza się do wspólnych śpiewów. Po zmroku wracamy i jeszcze długo delektujemy się wrażeniami dzisiejszego dnia…

PONIEDZIAŁEK. 2 LIPCA 2007

Pobudka, poranne ablucje i śniadanie w hotelowej restauracji, gruzińskiej knajpce. Sadzone jajka na szynce, kozi ser, marmelada, surówka z młodej kapusty, chleb i mocna czarna kawa. Delikatesy! Dziś wyjeżdżamy do Berdyczowa. To miasto leżące w obwodzie żytomierskim 44 kilometry na południe od Żytomierza, niegdyś słynące jako ośrodek kultu maryjnego. W drugiej połowie XVIII wieku Radziwiłłowie wystarali się u króla Stanisława Augusta Poniatowskiego o przywilej dla Berdyczowa zezwalający na organizowanie w nim niezwykłej liczby dziesięciu jarmarków rocznie. Wówczas Berdyczów stał się prawdziwym centrum handlu dalekosiężnego – jednym z najważniejszych między Ukrainą a Koroną. Zjeżdżali się do Berdyczowa regularnie kupcy z najróżniejszych stron Europy. Berdyczów to także miejsce urodzenia Józefa Korzeniowskiego, bardziej znanego jako Joseph Conrad. Zwiedzamy remontowany XVII wieczny klasztor warowny Karmelitów Bosych, w podziemiach którego mieści się słynący łaskami cudowny obraz MB Berdyczowskiej; zatrzymujemy się w kościele św. Barbary, gdzie przed laty sam Honoriusz Balzak brał ślub z Ewelina Hańską a Chopin podobno grywał na organach. Relaksujemy się w malowniczych plenerach rzeki Zgniła Pięta, gdzie w ruch poszły aparaty fotograficzne. W drodze powrotnej zatrzymujemy się cmentarzu żydowskim, który wywarł na mnie ponure wrażenie: zarośnięte, zaniedbane mogiły, jakaś zdewastowana, rozpadająca się kaplica, w której spoczywają zwłoki świętego rabina. Brr… W całej tej podróży towarzyszy nam Alicja Wermińska, młoda nauczycielka, redaktor „Mozaiki Berdyczowskiej” polskiego dwumiesięcznika, sympatyczna dziewczyna.

Wracamy do hotelu. W „Poliskum Czaju” czeka na nas obiad. Nikt nie narzeka na to samo, co wczoraj menu. Kilka minut później wraz z prezes Wiktorią  udajemy się na żytomierski cmentarz. Powstały w 1799 roku rzymsko-katolicki cmentarz zwany „Cmentarzem Polskim” należy do największych poza granicami Polski po Łyczakowskim we Lwowie i Rossie w Wilnie. Zinwentaryzowano na nim 2222 polskie groby kamienne i metalowe. To oaza spokoju. Promienie popołudniowego słońca prześwitują przez korony starych drzew, w listowiu śpiewają ptaki, w powietrzu unosi się aromat lasu, panuje trudno do opisania atmosfera błogości, w którą wdziera się jakaś nitka niepokoju. Na jednym z zapomnianych krzyży przysiada niespodziewanie duże, czarne ptaszysko. Próbujemy go spłoszyć, daremnie. Darek obfotografowuje ptaka ze wszystkich stron, ten ani drgnie. Towarzyszy nam gromada miejscowych dzieciaków, od których dowiadujemy się o legendarnych podziemiach łączących cmentarz z miastem.

Wieczorem wracamy do hotelu. Tradycyjnie spotykamy się o 21:00 na Apelu Jasnogórskim. Tym razem zostajemy wpuszczeni do kościoła. Mija kolejny dzień naszego pobytu na Wschodzie…


   

Users' Comments  
 

Average user rating

 


Dodaj komentarz
Imię
E-mail
Tytuł  
 
Comment
 
Available characters: 600
   Notify me of follow-up comments
   
   

Brak komentarzy...



mXcomment 1.0.4 © 2007-2008 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
Oceny: / 1
KiepskiBardzo dobry 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Katalog stron INPLUS