| By Andrzej Wojaczek,
on 13-07-2007 16:38
|
Andrzej Wojaczek kontynuuje swą relację z ponadtygodniowego tournee po Ukrainie. Dziś zapraszamy do zwiedzenia Odessy, perły Morza Czarnego. Już wkrótce trzecia część Pocztówek ze Wschodu. Życzymy miłej lektury.
CZWARTEK. 28 CZERWCA 2007 Mijają godziny. Co jakiś czas za oknami przemyka jakaś wioska, niewielkie miasteczko. Kompletny brak oświetlenia na drogach potęguje wrażenie osamotnienia. Kluczymy w Ternopilu. Jakaś przygodnie napotkana Ukrainka wsiada do autokaru i pilotuje nas. Północ. Sytuacja nie do pomyślenia w polskich realiach. Rozmawiamy. Okazuje się, iż kobieta ma siostrę mieszkającą w Łodzi, sama też świetnie mówi po polsku. Po raz kolejny utwierdzamy się w przekonaniu, iż nic nie dzieje się bez przyczyny… Zatrzymuje nas patrol. Zatrzymujemy się i przezornie sięgamy do schowka, gdzie spoczywa „fundusz łapówkowy”. Łukasz otwiera drzwi i uprzejmie pozdrawia milicjanta. Ten macha ręką. Pomyłka. Jedziemy dalej. Środek nocy. Cały autokar pogrążony jest we śnie. Wraz z panią Jolą czuwamy obok kierowcy. Zachwycamy się upajającą przestrzenią, doganiamy błyskawice wypłukane z deszczu, rozmawiamy, snujemy plany na przyszłość. Intryguje nas tajemnicze legowisko dla kierowców. Wyobraźnia pracuje, zwłaszcza o tej porze, podsuwa najdziwniejsze pomysły. Czas zdaje się stać w miejscu. W tej przestrzeni czuje się namacalna obecność Boga, Jego miłosierne, dobrotliwe spojrzenie. Deus ridens sprowadził nas na koniec świata, by tu opowiedzieć o Nim ludziom… Kierujemy się na Winnice, 300 tysięczne miasto w środkowej Ukrainie. Do Odessy pozostało 429 kilometrów. 260 kilometrów na północ leży Kijów. 369 kilometrów na zachód znajduje się Lwów. Jest środek nocy. Świt zastał nas 65 kilometrów przed Umanem. Rozespani pasażerowie wyszli rozprostować zastygłe nocą kości. Autokar przejął pan Stanisław, zastępując niepokonanego Łukasza. Do życia budził się piękny, pogodny dzień. Pokrzepieni pogodą ruszyliśmy dalej. Na zegarku 6:40 czasu ukraińskiego. Mijamy Uman i wjeżdżamy na autostradę. Do Odessy pozostało 256 kilometrów, końcówka. Przed nami szeroka, wspaniała droga. Prosto jak z bicza strzelił. Po obu jej stronach aż po horyzont ciągną się pola, gdzieniegdzie lasy. Bezkres zmieszany z bezmiarem. Jedźmy, nikt nie woła… Samochody tutaj mkną z zawrotną szybkością, mijają nas, jak pociski wystrzelone z procy. Po lewej stronie żółta płachta pól kończąca się w oddali linią karłowatych drzew, zielone przestworza łodyg kukurydzy, połacie słoneczników wyciągających złote łebki w stronę słońca. Zmierzamy na południe… Naszym przewodnikiem po perle Morza Czarnego, jak popularnie określa się Odessę będzie Prezes Polskiego Związku Polaków na Ukrainie pan Tadeusz Załucki. Od dłuższego czasu jesteśmy z nim w kontakcie telefonicznym. W końcu zabieramy go z trasy, do autobusu wchodzi miły, kulturalny staruszek, który posługuje się czystą polszczyzną zaprawioną wschodnim, śpiewnym akcentem. Prowadzi nas przez miasto, stosunkowo młode, liczące sobie nieco ponad dwieście lat. W starożytności istniała w tym miejscu grecka osada Istrion, zaś w średniowieczu słowiańskie osiedle Kaczuba. W XV wieku tereny te zajęli Tatarzy krymscy, a po nich Turcy. O mieście jednak możemy mówić dopiero od roku 1795, kiedy to po zdobyciu tureckiej twierdzy Rosjanie założyli port i nazwali go Odessa od greckiego imienia niedalekiego antycznego portu Odessos. Dzisiaj jest to piąte co do wielkości miasto Ukrainy (1,1 mln mieszkańców) i największy port Morza Czarnego. Przed południem zatrzymujemy się w malowniczo położonym nad brzegiem morza kurorcie, sanatorium „Czarne Morje”. Z ulgą opuszczamy wnętrze autokaru. Żar leje się z nieba strumieniami. W parku rozłożyste platany rzucają szeroki cień. Z głośników sączą się ukraińskie piosenki, otacza nas senna, leniwa atmosfera. Tocząc sterty bagaży, udajemy się do środka. W ferworze organizacyjnym umyka mi wystrój ośrodka. Rozdzielamy pokoje, co wzbudza zrozumiałe emocje. Rozdajemy klucze, ekspediując kolejne partie uczestników wycieczki na swoje piętra, wreszcie zostajemy sami. Pan Tadeusz tylko na to czeka. „Panie Andrzeju, dla pana i pana rodzimy przygotowaliśmy apartament. Proszę się rozgościć, a później zapraszam, udamy się do dyrektora ośrodka uregulować kwestie finansowe”. Mam trochę czasu. Rzut oka na sanatorium wystarczy. Standard, powiedzmy sobie szczerze, ukraiński, tak sprzed trzydziestu lat. Przypominają mi się komiksy z kapitanem Żbikiem, Złote Piaski, Czarne Morje, wypisz-wymaluj. Szukam apartamentu kierownika. Pokój numer 521. Piąte piętro, kiedy reszta wycieczki zajmuje piętro drugie! Też mi wyróżnienie, zwłaszcza, że próżno wypatrywać windy. Pozostają nam schody, kręte, wąskie z nierównymi stopniami. Ledwo żywy docieram na poddasze. Wyglądam przez okno i otwieram usta. Tuż za linią drzew lśni w blasku słońca tafla Morza Czarnego, mocno obiecujący widok. Ciemnym korytarzem przemykam do naszego pokoju. 521. Skojarzenia z hotelem Overlock z pamiętnego Lśnienia jak najbardziej na miejscu. Wąski holl zdaje się ciągnąć w nieskończoność, nierówne klepki podłogowe nadają jakiegoś złowieszczego posmaku. Z prawa i z lewa rząd drzwi, na których ktoś nabazgrał farbą koślawe numery. Wchodzę do środka, gdzie czeka mnie przyjemne zaskoczenie. Istotnie, to największe pomieszczenie mieszkalne w tym kurorcie, urządzone na karmazynowo. Na wprost przestronny przedpokój, szafa, lodówka (!!!), lustro i troje drzwi. Po lewej wejście do sypialni. Na prawo łazienka i kolejne drzwi wiodące do living roomu z – nazwijmy to – aneksem sypialnym. Wyposażenie robi imponujące wrażenie: szafy, szafki, stoliki, stoliczki, komody, krzesła. Kredens kompletnie zaopatrzony w najpotrzebniejsze sprzęty: filiżanki, spodeczki, kieliszki, sztućce, czajnik elektryczny. Draperie na ścianach, ciężkie zasłony i grube dywany – wszystko to sprawia dość przytłaczające wrażenie. Najgorzej jest z łóżkami, a właściwie zbitymi z desek skrzyniami (by nie użyć słowa „trumna”), przykrytymi cieniutkim prześcieradłem. Łazienka to osobna historia. Prawdziwy luksus, daleko odbiegający od standardów, chociażby tych z drugiego piętra. Lustro, wanna z przytwierdzonym do ściany prysznicem. Cieszy ubikacja: europejska, ludzka, taka, do której można wrzucić zużyty papier. Proszę, mała rzecz, a jak cieszy! Rzucam w kąt bagaże i zasuwam na dół, gdzie czekają już na mnie pani Jolanta wraz z panem Tadeuszem. Dyrektor ośrodka zajmuje osobny budynek. Z pewną dozą nieśmiałości wchodzimy do ciasnego, pachnącego tytoniem wnętrza. Za biurkiem siedzi dyrektor, komunista jak z elementarza. Potężny, siwy, stary Rosjanin, ćmiący papierosa. Wskazuje nam fotele, siadamy. Początkowo miły nastrój przeradza się w przerażenie, kiedy usłyszeliśmy cenę. Spokój! Z pokerową miną negocjujemy warunki. Negocjacje są bardzo twarde, pani Jolanta zapala papierosa i po chwili wszyscy toniemy w kłębach dymu. „Niet! Niet! Niet!” Dyrektor ostro przywołuje do siebie intendentkę Anię. Korpulentna kobiecina zdecydowanie tłumaczy, że już wszystko zostało przygotowane, nie można tak tego po prostu odwołać, jak to sobie wyobrażamy? Ze stoickim spokojem (choć serce tłucze jak oszalałe) splatam dłonie. „Niet!”. Wyciągamy asa z rękawa, przywiezioną z Polski wódkę. Od tej pory negocjacje idą gładko. Dochodzimy do porozumienia, osiągając kompromis. Gabinet dyrektora opuszczam zlany zimnym potem. Pani Jolanta uśmiecha się szelmowsko. „Przywyknij, tak tutaj załatwia się interesy”… Wyczerpany dowlekam się na piąte piętro, by już za chwilę ponownie zejść, tym razem na obiad. O 14:00 spotykamy się w stołówce, kolejnym w ciągu parkowych budynków z epoki. Obiad jak obiad, chociaż niewart swoich pięciu dolarów. Zupa jarzynowa, kartofelki, ni to pieczone, ni gotowane skrzydełko kurczaka, sałatka ziemniaczana, kompot i pomarańcza na deser. Czym prędzej kończymy i udajemy się na plażę. To niedaleko. Parę minut piechotą. Przechodzi się przez cienisty park, mija ulicę i schodzi po długaśnych (249), stromych, tradycyjnie nierównych schodkach. Jeszcze tylko coś na kształt promenady i już zanurzamy stopy w gorącym, miękkim piasku. Naszym oczom ukazuje się Morze Czarne. Imponujące wrażenie; bezkres aż po horyzont, fale leniwie bijące o brzeg, tłum i gwar. Woda przyjemnie obmywa kostki nóg, znad morza bije przyjemna bryza. Jest fantastycznie! Nie mamy łatwego życia. Kiedy grupa zażywa wodnych uciech, ekipa kierownicza w osobach Rafała, Darka, pani Jolanty i mojej zbiera się na ulicy. Chwilę czekamy, poczym wsiadamy do „marszrutki 223”, czyli zdezelowanego busika, który wiezie nas w głąb miasta na spotkanie z księdzem parafii, gdzie mamy jutro dać koncert. Szalona jazda! Wspominałem już wcześniej o temperamencie ukraińskich kierowców – znalazło to swoje potwierdzenie również w Odessie. Jeżdżą jak szaleni, obłędnie szybko, brawurowo, nie przestrzegając przepisów, stosując się do sobie tylko znanych „prikazów”. Płaci się za taki przejazd zależnie od długości kursu 1,25, 1,50 (UAH), pieniądze wręczając kierowcy przy wysiadaniu. Zadziwia mnie ten system. Pasażerowie płaca i wychodzą, kierowca nie zawraca sobie głowy liczeniem forsy i co dziwne – nikt nikogo nie kantuje! Parę „przystanków” dalej do marszrutki wsiada pan Tadeusz i dalej już wspólnie dojeżdżamy do centrum Odessy. Miasto jest ogromne! Ponad 42 kilometry długości, 16 szerokości, prawdziwa metropolia. Oczy atakuje zewsząd luksus i przepych, drogie samochody, świecące wystawy sklepowe. Wszędzie tłum, wylewa się z każdej uliczki – miejski obłęd! Robimy ekspresowy rajd przez centrum, pan Tadeusz roztacza przed nami uroki miasta, park, galeria, skwery i fontanny. Oczy latają w tę i we w tę, głowa obraca się na wszystkie strony. W końcu docieramy do celu naszej podróży – kościoła św. Piotra. Wchodzimy do środka, właśnie trwa nabożeństwo w języku polskim. Jesteśmy prawie u siebie – nasi tu są. Te same swojskie melodie, te same modlitwy, jakoś tak lekko robi się człowiekowi na sercu. To czas na złapanie oddechu. Po skończonym nabożeństwie spotykamy księdza Andrzeja, wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna. Uzgadniamy szczegóły jutrzejszego występu i wracamy, gdyż zanosi się na burzę. Niebo zasnuły czarne chmury, w oddali słychać pomruki grzmotów. Po drodze zaglądamy do olbrzymiej galerii, nasza plaza to przy niej niewielki kiosk. Supermarket, szkło, neony – kolejny zawrót głowy, którego efektem było zgubienie się w tym gąszczu splendoru. Po jakimś czasie dołączamy do reszty. Na dworze zaczyna padać deszcz. Prawdziwa ulewa. Decyzja jest tylko jedna i zapada szybko: nie ma czasu do tracenia. Moknąc, przebiegamy parę ulic i wskakujemy do marszrutki. Pojazd przecieka; przy każdym hamowaniu strugi deszczówki leją się Rafałowi za kark. Pasażerowie mają niezły ubaw. Po jakimś czasie Rafał przesiada się. Na następnym postoju ktoś inny siada na feralnym miejscu i cała zabawa zaczyna się od początku. Wysiadamy na czternastej fontannie. Leje jak z cebra! Przemoczeni do suchej nitki docieramy do sanatorium. W apartamencie trwa popołudniowa sjesta: parzymy kawę wodą kupiona w supermarkecie. Nikt by się nie odważył lać kranówy! Sielanka nie trwa długo. Rozlega się trzask i w całym ośrodku gaśnie światło. Zbiegam na dół do portierni: „swietła nie ma i nie budiet do rana!” – brzmi diagnoza. Panie i panowie, to nie koniec atrakcji na dziś. O 21:00 zakręcają wodę, ot tak, dla oszczędności. Po jakimś czasie burza ustaje. Zapada rześki, pogodny wieczór. Wychodzimy na spacer, wędrujemy cichymi nadmorskimi uliczkami, w sklepie kupujemy drobiazgi i wracamy. Niespodzianka: prąd wrócił z urlopu. Nie dowlókł się tylko na piąte piętro. W apartamencie kierownika nadal królowała ciemność – na poddaszu hotelu Overlock. Kołysani rześką bryzą odpływamy w objęcia Morfeusza… |
|
|