Bezimienni.com
Start arrow Gorące wieści! arrow Pocztówki ze Wschodu (V)
Pocztówki ze Wschodu (V) PDF Drukuj Email

By Andrzej Wojaczek, on 31-07-2007 15:15


 Po kilku dniach przerwy kontynuujemy naszą ukraińską relację. Dziś zapraszamy na przedostatnią część Pocztówek ze Wschodu. 
 
 
 
 
 

WTOREK. 3 LIPCA 2007

Gruzini z hotelowej restauracji witają nas śniadaniem złożonym z kaszy gryczanej i parówek. Jeszcze tylko łyk piekielnej smoły i już jesteśmy zwarci i gotowi. Wsiadamy do autokaru i kierujemy się w stronę Korostenia, 65 tysięcznego miasta leżącego w obwodzie żytomierskim blisko 100 kilometrów na północ od Żytomierza. To najbardziej z zielonych miejsc, jakie zwiedziliśmy podczas naszego pobytu na Ukrainie, pełne parków, pagórków, malowniczo położonych miejsc. Według badaczy okolice Korostenia są miejscem, gdzie w V-VI wieku rozpoczęła się ekspansja Słowian. To także jeden z najstarszych grodów Rusi Kijowskiej nad rzeką Użą, dopływem Prypeci. Istniał już w IX wieku, zbudowany z nie obrzezanych bali dębowych, od czego ma pochodzić jego nazwa – ('iz kory steny') – Iskorosteń (Korosteń).

 Zatrzymujemy się w centrum miasta. Na olbrzymim placu góruje pomnik Wołodii (zdążyliśmy się już do tego widoku przyzwyczaić). Zwartą grupą maszerujemy na spotkanie z przedstawicielami Polonii. Czekają na nas przed wejściem do budynku, w którym zazwyczaj trenują ukraińscy olimpijczycy. Miejsce – mówiąc eufemistycznie – nieciekawe; małe, ciasne, niskie. W środku rzędy krzeseł, biurko. I tylko ściana pokryta dziesiątkami jeśli nie setkami dyplomów świadczy o sportowym przeznaczeniu pomieszczenia. Następuje pełne wzruszenia powitanie, uściski, łzy wzruszenia. Wita nas siwowłosa staruszka pani Wanda Laskowska, prezes Związku Polaków na Ukrainie, witają nas przedstawiciele Rady Młodzieży, miejscowi nauczyciele i pasjonaci. Następuje cześć oficjalna: przemówienia, upominki. Po niej przychodzi czas na wspólne śpiewanie piosenek (co już stało się stałym punktem programu tej trasy). Gospodarze mają dla nas niespodziankę: idziemy zwiedzić korosteńskie bunkry, pozostałość po czasach II wojny światowej. Zwiedzamy miasto, szerokie ulice, place i budynki. Przechodzimy przez uroczy park, mijamy mostek zawieszony nad rzeką wijącą się kręto i zatrzymujemy się przed wznoszącą się stromo górą, na szczycie której króluje masywny pomnik korosteńskiego praszczura. Pstrykamy zdjęcia, słuchamy opowieści naszych ukraińskich przyjaciół. Chwilę później schodzimy do bunkrów. Oprowadzani przez krępego Rosjanina zanurzamy się w chłodny mrok wykutego w skale labiryntu. Przemykamy sklepionymi łukowato korytarzami, zwiedzamy kolejne pomieszczenia: maszynownia, centrum wentylacyjne, pomieszczenie radiowe, kantynę, zbrojownię. Na stołach leżą pozostałości sprzed lat, karabiny, bagnety, granaty, amunicja, przedmioty codziennego użytku, saperki, lornetki itd. Zatrzymujemy się w komnacie, które służyło za gabinet Stalinowi. W środku masywne drewniane biurko, na nim telefon z 1937 roku. Pani Jolanta zajmuje miejsce w fotelu. Podnosi słuchawkę, wykręca numer. Po drugiej stronie odzywa się zaskoczony głos pani Lusi, korosteńskiej gospodyni pani Jolanty. „Dzwonię z gabinetu tawarisza Stalina”.  W innym pomieszczeniu zebrano sprzęty pamiętające katastrofę czarnobylską. Maski przeciwgazowe, skafandry, liczniki Geigera, narzędzia pomiarowe. Wystawa robi upiorne wrażenie, włos jeży się na karku, znajdujemy się przecież w mieście oddalonym od Czarnobyla zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów. Niektórzy dopatrują się tragedii czarnobylskiej w Apokalipsie, gdzie czytamy: „Spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia; a spadła na trzecią część rzek i źródła wód. A gwiazda nazywa się Piołun. I trzecia część wód zmieniła się w piołun, i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie” (Ap 8, 10-11; Biblia Poznańska). Warto nadmienić, iż w języku ukraińskim piołun to byl'ia. Czarny piołun to Czarnobyl... Tutaj wspomnienia wciąż pozostają świeże…

Wychodzimy na powietrze, świeci słońce, po niebie mkną białe kłęby chmur. Jest pięknie. Złe wrażenia zacieramy w miejscowej knajpce. Siadamy przy stolikach, zamawiamy piwo, popijamy kwas chlebowy i śpiewamy. Smutne ukraińskie dumki snują się leniwie, ogarnia nas nostalgiczny nastrój tęsknoty za domem, za bliskimi. Przed oczami przewijają się bezkresne stepy, widoczne z okien autokaru, wszechobecna zieleń. Błogą atmosferę burzy świadomość istnienia upiora na północy; wymarła elektrownia kładzie się cieniem na życie ukraińskiej społeczności. Otrząsamy się z ponurych myśli i udajemy się do mieszkania Małych Sióstr Jezusa. To żeńskie zgromadzenie kontemplacyjne. Siostry jednak nie żyją za klauzurą, ale w świecie, mieszkając wśród ludzi, pracując z nimi i dzieląc ich warunki bytowe, tak jak żył Jezus w Nazarecie. Wita nas siostra Ania, urocza starsza kobiecina o niezwykle żywiołowym usposobieniu. W jednym z pokojów zwykłego mieszkania w niczym niewyróżniającym się bloku urządzono kaplicę. Wrażenie robi szafa pełniąca rolę ołtarza. Na centralnym miejscu Najświętszy Sakrament. Przyklękamy, rozsiadamy się kto gdzie może, wyjmujemy śpiewniki, gitarę i zaczynamy śpiewać. Na twarzy sióstr maluje się wyraźne wzruszenie. Jeszcze nigdy nie było tu tylu ludzi! Polacy są pierwsi! Serce rośnie.

 Po kilkunastu minutach wychodzimy. Zostawiamy w Korosteniu panią Jolantę z mężem (dołącza do nas wieczorem) i wracamy do autokaru, gdzie czekają na nas podarunki: pokaźne siatki a w nich kilkanaście słoików marynowanych grzybów (ktoś zauważył, iż otrzymaliśmy je zamiast latarek), grzyby suszone, pieczywo, ser, puszki z konserwami – czym chata bogata. Żegnamy Korosteń i kierujemy się w stronę Żytomierza. W „Poliskim Czaju” czeka na nas obiad, kolejny raz  z rzędu kotlet, ziemniaki i surówka. Sjesta w pokojach, a popołudniu zwiedzanie miasta w towarzystwie prezes Wiktorii. Leniwie dreptamy urokliwymi miejskimi deptakami, przystajemy nad żytomierską fontanną, mijamy pomników poświęcony żołnierzom poległym w Afganistanie, cerkiew św. Michała, urząd miasta, pomnik Karolewa (konstruktora statku kosmicznego, którym Gagarin po raz pierwszy poleciał w kosmos), wieżę ciśnień, teatr, budynek, w którym KGB zakatowało wielu przesłuchiwanych. Na niebie zbierają się czarne chmury. Wracamy do hotelu. O 21:00 tradycyjnie spotykamy się na Apelu. Po nim udajemy się na spoczynek.

ŚRODA. 4 LIPCA 2007

Po śniadaniu wsiadamy w autokar i opuszczamy monumentalny Żytomierz. Kierujemy się na zachód, w stronę Lwowa. Pogoda w kratkę. Deszcz i słońce drą ze sobą koty. Droga mija dość spokojnie. We znaki daje się tylko stan nawierzchni w okolicach Lwowa. Kilkadziesiąt minut czekamy na możliwość przejazdu wertepami, które w bliżej nieokreślonej przyszłości staną się autostradą. Trudno w to uwierzyć. Po raz kolejny otrzymujemy potwierdzenie ułańskiej fantazji ukraińskich kierowców: kiedy zapala się zielone światło wstępuje w nich diabeł. Gaz do dechy, wyprzedzają z prawa, z lewa, dosłownie przelatują nad głębokimi koleinami, wyrwami, nie przejmując się stanem technicznym swych pojazdów. Brudnożółty kurz przesłania widoczność, jedziemy praktycznie na oślep! Coś nieprawdopodobnego!

Do Lwowa docieramy w deszczu. Zatrzymujemy się przed wznoszącym się dumnie betonowym kolosem, hotelem „Własta”. Tradycyjnie wespół z panią Jolantą udajemy się załatwić sprawy organizacyjne. W środku przestronny spokój, uprzejma recepcjonistka, dwie ogromne windy, przyciężkawy wystrój. Wyjeżdżamy na siódme piętro, gdzie czekające na nas panie rozdzielają pokoje. Tym razem kierownik wycieczki otrzymuje osobny, jednoosobowy apartament. Przestronne wygodne łoże, lodówka, telewizor, fotele, stolik, niezbędne wyposażenie, łazienka przyzwoita (jak na ukraińskie warunki!) Obecny stan hotelu pozwala przypuszczać, że czas na Ukrainie jednak nie stoi w miejscu. W ramach uzasadnienia: w taki oto sposób o pobycie w hotelu Własta pisał przed dwoma laty jeden z internautów: [Żwir, 20.08.05] „Zapraszam wszystkich na drugie piętro. Tam to dopiero extrema. W pokojach oprócz smrodu jak z murzyńskiej chaty, grzybków porastających całe ściany (dobre do zagryzania inszej gorzoły), występuje chroniczny brak spłuczek, dolnopułków oraz całych sedesów. Zawsze można "puścić szczocha" do rury która wystaje dzielnie z podłogi pokrytej wiekowym lastrykiem. Standardem są także lampki nocne, w których żarówki nie widział chyba nikt. Ale za to na stole znajdziecie, w każdym pokoju, karafkę z wodą oraz dwie szklanki. Problem w tym, że woda w karafce pamięta jeszcze Hitlera. O windach w ogóle nie wspomnę - stają nawet podczas lekkiego puszczenia bąka. A jeszcze super odbiorniki TV. Służą chyba tylko do grzania, w muzeum mają nowsze!!! Ogólnie polecam. Świeżo po Extreme Wlasta Night” Naprawdę nie było aż tak źle. Trzeba pamiętać, że to posowieckie budownictwo, budynek wojskowy. Ma to swój urok.

 Dochodzimy do siebie po męczącym dniu spędzonym  w autokarze i wieczorem na własną rękę wychodzimy na miasto. Z okien hotelu kusi malownicza panorama Lwowa. Korzystając z przerwy pomiędzy jedną a drugą falą deszczu wymykamy się z hotelu. Koniec języka za przewodnika. Pytam przechodzącą parę o drogę do centrum. Kobieta zaczyna tłumaczyć, towarzyszący jej mężczyzna patrzy z ukosa i nagle odzywa się czysta polszczyzną: „Jej nie słuchajcie. To Ukrainka. Wywiedzie was na manowce”. „Skąd pan wie?” – pytam szczerze rozbawiony. „Wiem coś o tym, bo wyprowadza mnie na manowce już od dwudziestu pięciu lat. To moja żona”. Polaków we Lwowie spotkaliśmy wielu. Język polski rozbrzmiewa praktycznie wszędzie, Lwów to przecież najbardziej polskie miasto na Ukrainie… Dochodząc do centrum, zaczęło znów padać. Chowamy się w pierwszej lepszej bramie. Po kilku minuta ulewa przechodzi. Spacerujemy krętymi, wąskimi uliczkami. Fascynuje przedwojenny bruk, prawdziwe kocie łby. Wokół gwar, stukot przejeżdżających tramwajów, klaksony marszrutek, warkot samochodów. Stare kamienice wnoszą się po obu stronach ulic. W niebo strzelają wieżyce kościołów, cerkwi i kapliczek. Chłoniemy urok miasta, zaglądamy do sklepików, wsłuchujemy się w otaczające nas dźwięki. Po omacku szukamy kościoła na ulicy Łyczakowskiej. Mama ma tam do załatwienia pewną sprawę, która miała swój początek przed ponad sześćdziesięciu laty. Zaczepiamy spotkaną przypadkowo siostrę zakonną. „To niedaleko, zaprowadzę was” – rzuca. Ledwo za nią nadążamy, po kilku minutach wyczerpującego marszu, zakonnica zatrzymuje pędzącą marszrutkę i trajkocze coś do kierowcy. Ten kiwa głową. Wytrzeszczamy oczy w zdumieniu. Miało być niedaleko.… Niech się dzieje wola nieba. Pakujemy się do wozu. Trzęsie niemiłosiernie, rzuca na wszystkie strony. Pojazd mknie przez centrum Lwowa. Mijają minuty. Co jakiś czas mama pyta kierowcę czy to już? Przecząco kręci głową. Zaczynam się poważnie niepokoić. To mi pachnie uprowadzeniem kierownika wycieczki. Wreszcie, po blisko półgodzinie szaleńczej jazdy wysiadamy w ustronnym zakątku miasta. Jesteśmy na miejscu. Na niewielkim wzgórzu wznosi się stary, malowniczy kościół św. Antoniego. O dziwo, jest otwarty mimo późnej pory, zupełnie jakby czekał na nasze przybycie. Wchodzimy do środka, mijamy tablicę informującą, że w tej świątyni został ochrzczony Zbigniew Herbert, poeta polski. Otacza nas półmrok zachodu i cisza opustoszałego wnętrza. Mama kieruje się w stronę zakrystii. „Czy ktoś tu mówi po polsku?” – pyta. Odpowiadają jej zdziwione spojrzenia zakonników. „Jak to kto? Wszyscy…”. Nic nie dzieje się bez przyczyny… Po krótkiej modlitwie wychodzimy na zewnątrz. Proszę, nadjeżdża marszrutka z numerem 72. Wskakujemy do środka, kolejna szalona eskapada i oto jesteśmy w punkcie wyjścia, szczęśliwi, usatysfakcjonowani, zadowoleni. Przed zmrokiem wracamy do hotelu. Przed nami ostatnia ukraińska noc…


   

Users' Comments  
 

Average user rating

 


Dodaj komentarz
Imię
E-mail
Tytuł  
 
Comment
 
Available characters: 600
   Notify me of follow-up comments
   
   

Brak komentarzy...



mXcomment 1.0.4 © 2007-2008 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
Oceny: / 0
KiepskiBardzo dobry 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Nowości
Muchachos

Bezimienni - Muchachos, posłuchaj

01. BEZIMIENNI - Znam


02. BEZIMIENNI - Dziewiąta zero pięć


03. BEZIMIENNI - Hej, powiedz mi



03. BEZIMIENNI - Dwa spokojne dni


Profesjonalny EMAIL MARKETING
Odwiedziło nas:
Dzisiaj71
Wszystkie63152