| By Andrzej Wojaczek,
on 01-08-2007 16:24
|
Wszystko ma swój koniec. Przypominamy, iż w tym miejscu relacjonowaliśmy dla Was przebieg ukraińskiego tournee rock-opery o dziejach Abrahama. Dziękując za wspólnie spędzony czas, zapraszamy na ostatnią część Pocztówek.
CZWARTEK. 5 LIPCA 2007 Ranek wstaje zalany strugami deszczu. Wyglądam przez okno, w oddali majaczy zasnuta mgłą panorama miasta, widok jak z filmu noire. Pakujemy bagaże i zjeżdżamy na śniadanie do hotelowej restauracji. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do klimatów gierkowskich, wyjętych wprost z filmów Barei. Kwadratowe, ogromne stoliki na mniej więcej dziesięć osób, ciężkie zasłony, wystrój iście sylwestrowy, balony poprzywiązywane do czego tylko się da, scena z lustrami do striptizu, kasetony na suficie i niewiele zieleni. Na śniadanie podano parówki, jajka w majonezie, warzywa oraz pieczywo. Smaczny posiłek. Treściwy… Spoglądamy na zegarki, wkrótce skończy się doba hotelowa. Czas wynieść się do autokaru. Pomagam w zwożeniu bagaży. Wsiadam do windy, wraz ze mną z dziesięć kompletnie nieznanych mi osób. Ruszamy. Ścisk, tłok, trudno dopchać się do przycisku z oznaczeniem pięter. „Spokojnie, Jędrek” – rugam sam siebie. „Nie panikuj. Wyjedziesz piętro wyżej, zejdziesz schodami”. Wychodzę na ósmym i przeżywam szok. Drzwi wiodące na schody są zamknięte na amen. Piętro opustoszałe, żywego ducha. Głucha pustka, upiorny spokój mrocznych korytarzy. Windy boczne!! Biegnę w stronę drzwi i zamieram. Napis głosi, iż windy boczne kursują tylko do piętra siódmego. Włos jeży mi się na głowie. Jak ja teraz zjadę na dół? Przecież windy zajęte są zwożeniem stert bagaży. Oblewa mnie zimny pot. Kurczowo wciskam guziki. Wyciągam komórkę, ktoś po mnie przecież przyjedzie. Brak sieci, drwi komunikat. Świetnie! Słyszę tylko głuche tętnienie dobiegające z dołu, hotel-widmo uwięził mnie na ósmym piętrze. Walę w drzwi, tylko to już mi pozostało. Po chwili słyszę zgrzyt, otwierają się drzwi, patrzy na mnie zdziwiona etażowa. Jestem uratowany. Z ulgą zjeżdżam na dół. Wycieczka kończy swe zmagania z bagażami. Jeszcze tylko zjazd do podziemi w celu skorzystania z ubikacji, których stan niewiele różni się od korosteńskich bunkrów i już opuszczamy dawny hotel „Rassija”. Deszcz pada zawzięcie. Podjeżdżamy w okolice centrum. Darek uzbrojony w przewodnik zabiera nas w ekspresowy rajd uliczkami Lwowa. Po prawej wznosi się dumnie Teatr Wielki, budowla zachwyca architekturą nawiązującą do dzieł włoskiego renesansu. Wchodzimy do środka i zostajemy odprawieni z kwitkiem. Zwiedzających nie wpuszczamy. Nie poddajemy się tak łatwo, nalegamy. Strażnik mięknie. Każe nam przyjść później. Chwilę później posłusznie wracamy. Kierownik wycieczki może się spotkać z dyrektorem teatru. Zabieram ze sobą panią Jolantę i dziarsko ruszamy krętymi korytarzami budynku. Dyrektor przyjmuje nas w swoim gabinecie, starszy, siwy mężczyzna. Tłumaczy, że nie może nas wpuścić, trzydzieści osób to za duża grupa. Dopiero argument, iż jesteśmy grupa teatralną przemawia mu do rozsądku. Wyraża zgodę. Oprowadza nas jeden ze strażników, na nasze szczęście Polak. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie na głównych schodach. Zwiedzamy salę luster. Zostajemy też wpuszczeni do środka. Trudno opisać przepych i bogactwo tego miejsca. To po prostu trzeba zobaczyć. Nie omieszkam wypróbować akustyki, śpiewam na cały głos arię „Co czeka mnie”, trudno o lepszą piosenkę w tych okolicznościach, nieprawdaż? Zachwyceni ruszamy w dalszą drogę. Zwiedzamy katedrę łacińską Wniebowzięcia NMP, siedzibę lwowskich arcybiskupów obrządku łacińskiego. To w tym kościele 1 kwietnia 1656 roku Jan Kazimierz dokonał ślubów przed cudownym obrazem Matki Boskiej Łaskawej. Chwila modlitwy i ponownie wychodzimy na zacinający zajadle deszcz. W biegu zaznajamiamy się z urokliwym Lwowem. Rozdzielamy się, docieramy do miejskiego targowiska, które niczym nie różni się od tych naszych krajowych. Z niesmakiem wracamy na bazar w pobliżu katedry. Tutaj, przyznaję, mamy używanie. Zaopatrujemy się w niezliczoną ilość pamiątek, głowa może rozboleć od nadmiaru wrażeń. Jeszcze tylko krótka wizyta w McDonaldzie celem rozgrzania zziębniętych dłoni, uciążliwy trawers przez miasto (podczas którego część grupy zgubiła drogę) i już jesteśmy na miejscu spotkania kierowcami.
Nie ujeżdżamy daleko. Nieopodal dworca głównego zatrzymujemy się w tutejszym supermarkecie. Gdzieś przecież trzeba upłynnić zalegające w portfelach hrywnie. Obładowani sprawunkami niczym muły, gdzieś koło 13:00 na dobre żegnamy ociekający deszczem Lwów.
Przekroczenie granicy trwa całe wieki. Na nieszczęście, z powodu braku wyraźnego oznakowania, ustawiamy się na pasie do tirów. Tragedia! Moment nieuwagi i jesteśmy zakorkowani na dobre. Wtedy zdarzył się cud: pojawia się celnik i gderając podejmuje się wycofania ciężarówek stojących za nami. Trudno nam w to uwierzyć, zresztą nie tylko nam. Każdy gapi się na te manewry z otwartą gębą. Ukraiński celnik zawraca polski autobus z pasa dla tirów. Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało… Dalej już idzie jak z płatka. Jeszcze tylko kilkadziesiąt minut i jesteśmy z powrotem w Polsce. Flaga Unii Europejskiej powiewa dumnie przed nami. Na postoju wymieniamy resztę hrywni na złotówki, komórki odżywają, wydzwaniamy do bliskich. Radość i euforia. Mkniemy na zachód, mijając kolejne miasta. O północy odstawiamy Michała w Katowicach, życząc mu powodzenia na jutrzejszej obronie. Parę minut przed godziną pierwszą w nocy zajeżdżamy na parking pod kościołem. To już koniec ukraińskiej eskapady. Wróciliśmy cali i zdrowi, pełni niezapomnianych wspomnień, wrażeń, które na długo zostaną w naszych sercach. Wróciliśmy w komplecie, pełni szalonych planów na przyszłość, nieprawdaż? Panie Prezesie, melduję wykonanie zadania… |
|
|