| By Andrzej Wojaczek,
on 20-02-2008 19:04
|
Gasną światła. Z głośników sączą się jakże charakterystyczne dźwięki Tape. Napięcie gęstnieje, staje się wręcz namacalne. Nagle wybucha wrzawa, na scenę wchodzą muzycy, jeden po drugim, na końcu On: Pan Bob, ze zmierzwioną jak u wiedźmy czupryną, w za dużych bojówkach i czarnej koszuli. Sięga po gitarę. Histeria tłumu zdaje się osiągać apogeum.
Open! Nogawki furkoczą unoszone potęgą dźwięku. Robert Smith, Simon Gallup, Porl Thompson i Jason Cooper wprawiają w ruch machinę, która w ciągu trzech następnych godzin zmiażdży wszystko, co napotka na swej drodze. Targający wnętrznościami bas, rozrywające czaszkę dudnienie stopy, przeszywający jazgot gitar a nade wszystko charakterystyczny, niepowtarzalny głos Smitha, jakże młodzieńczy (mimo pięćdziesiątki na karku), świeży, wręcz chłopięcy. Hello, again. Fascination Street przenosi nas do roku 1989. Gra świateł, za które odpowiada drobna małolata w dżinsach i powyciąganym swetrze, krótko mówiąc oszałamia. Reflektory stają się piątym członkiem zespołu, najbardziej ruchliwym, nieprzewidywalnym; tańczą, wiją się, wystrzelają w mroczną przestrzeń Spodka, za każdym razem wprawiając w osłupienie. Następuje powrót do teraźniejszości: alt.end, niesamowita energia drzemie w tym utworze, I want this to be the end – Robert drze się opętańczo, ja mu wierzę, odnoszę wrażenie, że nie ma nikogo, kto w tym momencie by mu nie wierzył. The Cure zabiera nas na spacer, take me for a walk, doprawdy nie trzeba klawiszy, na których brak słyszymy ciągłe narzekania. Czteroosobowy, elektryczny skład radzi sobie wyśmienicie, rozkręcając się z każdą sekundą koncertu. End of the Word. Już na płycie robi wielkie wrażenie, tutaj zwala a nóg. Drapieżna, nieco szybsza wersja, bardziej energetyczna, podczas której Robert wraca do oryginalnej linii melodycznej, wysokiej, histerycznej. Znakomity koncertowy killer. To ciągle jednak początek. Piosenka, którą teraz zagramy jest dla mnie szczególna – słyszymy nieśmiałe wyznanie lidera. Trudno się dziwić, to wszak prezent ślubny, jaki Robert zafundował swej lubej przed laty. Przy Lovesong trudno ukryć łzy. Cholera, same cisną się człowiekowi do oczu. Po raz kolejny znajduje potwierdzenie fakt, iż najpiękniejszą poezją są najprostsze słowa. Whenever I'm alone with you / You make me feel like I am home again, czyż trzeba o bardziej przekonywujący dowód miłości? Burza braw wdziera się w końcowe dźwięki piosenki. Robert sięga po gitarę akustyczną, jesteśmy świadkami zbiorowego cudu. List do Elizy, piosenka, której prawie nie grają, jeszcze dziś dźwięczy w uszach – Oh Elise it doesn't matter what you do! Cud trwa dalej. Arcymistrzostwo cure’owej melancholii w postaci To Wish Impossible Things pieści duszę. Jedna z najpiękniejszych, kto wie, czy nie najpiękniejsza piosenka Smitha tu w nowej, nieco surowszej aranżacji. Dla mnie koncert mógłby skończyć się już teraz. Nie kończy się jednak, trwa dalej, z każdym kolejnym utworem zagęszczając emocje, stopniując napięcie. Przy dźwiękach Pictures of You jak głupi dzwonię do Żony, wystawiam przed siebie telefon i po prostu go trzymam, wiedząc, że po drugiej stronie wstrzymano oddech. Lullaby, mroczna, pajęcza kołysanka za sprawą wijących się żabio-zielonych świateł przyprawia o gęsią skórkę; From the Edge of Deep Green Sea, rozjazgotane solo Porla przywodzi na myśl pamiętny koncert w The Palace Auburn Hills w stanie Michigan na trasie promującej album Wish. Siedem minut prawdziwej ekscytacji. Hot!Hot!Hot! przenosi nas w czasy „Całusków”, scena spływa czerwienią świateł; Please Project pierwsza z nowości, jakże cure’owa, jakże typowa, jakże urokliwa. Push, ileż w tym utworze przestrzeni a zarazem dynamiki! How Beautiful You Are – jedyny utwór, w którym brakowało mi tej jakże charakterystycznej klawiszowej zagrywki. Tempo iście zabójcze, Kjurzy nie zwalniają ani na moment: dwie koncertowe petardy jak zwykle eksplodowały euforią wśród szalejącego tłumu – Inbetween Days / Just Like Heaven, po nich kolejna nowość – wstrząsający jak dla mnie A Boy I Never Knew przywodzący na myśl najlepsze momenty Bloodflowers. Końcówka podstawowego seta wgniatała w fotel, ciężki walec The Cure taranuje wszystko i wszystkich. Chłopaki grają jakby po piętach deptał im sam diabeł: Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Szejk, Dog, Szeeeeeejk! – obłęd w głosie Smitha hipnotyzuje, uzależnia, wciąga! Never Enough – trudno im nie wierzyć, słysząc taaaaaką wersję! Rozpędzony Wrong Number, b-sajdowy Signal To Noise (kolejny kawałek, którego jeszcze na tej trasie nie grali), wściekłe, pornograficzne, ociekające krwią Sto Lat (takiego zgiełku, wściekłego pastwienia się nad instrumentami jeszcze w ich wykonaniu nie słyszałem) i End na koniec. Please stop loving me I am none of these things… to już czysta kokieteria, nie te czasy, nie ta filozofia, ja rozumiem, ale wrażenie piorunujące! Zespół znika za kulisami, nie na długo jednak. Rozentuzjazmowany tłum wywołuje ulubieńców na bis. Czekają nas cztery utwory z „siedemnastu sekund”, które zamyka A Forest. Krótka chwila wytchnienia i chłopaki wychodzą po raz trzeci tego wieczoru. Porywają nas w prekjurowe, młodzieńczo-szczenięce czasy. Ktoś słusznie zauważył: większość współczesnych zespołów dałaby się pokroić za piosenki napisane przez Smitha trzydzieści lat temu. The Cure serwują nam siedem punkowych, agresywnych hiciorów, w ognistych surowo-gitarowych wersjach. Publika szaleje! Toczy nas jakiś ekstatyczny szał, coś niesamowitego! Koniec. Zegarki pokazują parę minut przed dwudziestą trzecią. Piski, brawa, zbiorowe tupanie nogami. Nic z tego nie będzie, myślę sobie. Źle sobie myślę… Przerwa trwa minutę, może mniej! Chłopaki wybiegają (!!!) na scenę po raz czwarty! Why Can’t I Be You, roztańczone, rozśpiewane, rozjazgotane! Trudno w to uwierzyć! Robert wywala jęzor ze zmęczenia. That’s the End! – woła i kieruje się w stronę kulis, łapiąc się za głowę, kokieteryjnie poprawiając rozczochraną strzechę włosów. Jemu też trudno w to uwierzyć! Nie ma czego podsumowywać. Energią płynącą ze sceny mogliby chłopaki obdarzyć niejednego rockowego wyjadacza. Powalający występ! Konia z rzędem temu, kto wskaże mi drugi taki zespół. Nie będzie podsumowania. Koncert życia! Ot co. See you next time!
|
|
|